moje 2-gie życie

Zdjęcie, które ilustruje tą zakładkę zrobiłem w trakcie leczenia, jeszcze przed operacją. Po pobraniu krwi został mi założony opatrunek – kompres z gazy z plastrem. Po kilku minutach uciskania zdjąłem go, a moim oczom ukazało się to właśnie serduszko – dla mnie było to jednoznaczne – życie.

24 września 2019 roku, ok. godziny 11-tej urodziłem się ponownie.
Mając 50 lat, w tym samym ciele dostałem nowe życie.

2019

Kilka miesięcy wcześniej.

4 maja (sobota)
Świętuję swoje 50-te urodziny jak przystało na rockmana w muzycznym klubie Liverpool we Wrocławiu w licznym gronie swoich przyjaciół. Wówczas nic nie zapowiadało tego, co miało się wkrótce wydarzyć.

30 maja (czwartek)
Godzina 7:15 – planowane od dłuższego czasu pierwsze w życiu badanie USG brzucha w placówce Enel-medu. Wynik badania niekorzystny. Miąższ trzustki i głowa trzustki wypełniona piaskiem (kamyczkami), powiększona średnica przewodu Wirsunga do 2 cm (norma 0,2-0,5 mm).
W opinii osoby wykonującej badanie mam poważny stan zapalny trzustki, a prywatnie osoba ta stwierdziła, że trzustki w takim stanie dotychczas nie widziała. Pozostałe organy zdrowe. Umówienie na ten sam dzień na cito wizyty konsultacyjnej u lekarza na 16-tą. Trafiłem na gastrologa – diagnoza – skierowanie do szpitala, tomografia jamy brzusznej i trzustki w trybie ekspresowym i zalecone posiłki o niskiej zawartości tłuszczu. Zmartwiłem się, ale teraz wiem, skąd były moje pierwsze dolegliwości jeszcze we wrześniu ur.

31 maja (piątek)
Rano szybki telefon na Oddział Chirurgii w Szpitalu Wojskowym na ul. Weigla we Wrocławiu celem umówienie konsultacji ze wskazanym wczoraj podczas wizyty lekarzem specjalistą – Dr. Wernerem Janusem. Mam się stawić w poniedziałek 3 czerwca na 8:00.

3 czerwca (poniedziałek)
Wizyta w szpitalu, decyzja lekarza – endoskopowe założenie protezy na trzustce w celu jej udrożnienia. Wyznaczony termin na zabieg 18 czerwca.

18 czerwca (wtorek)
Od kilku miesięcy miałem kupiony bilet na pożegnalną trasę zespołu KISS, tak bardzo chciałem ich zobaczyć, że jadąc do szpitala byłem przekonany, że uda mi się przesunąć zabieg o jeden dzień i po 15 minutach będę już w drodze na koncert. Niestety. Natychmiastowe przyjęcie na oddział chirurgii, a o godzinie 11:30 zabieg. O koncercie już zapomniałem.

Opaska przyjęcia do szpitala / kaniula dożylna (obwodowa), potocznie wenflon / ja na tarasie.

Ok. 12:30 po zabiegu pod trzymającym mnie nadal znieczuleniem trafiłem na łóżko szpitalne do dwuosobowej sali nr 10. Przez cały dzień odczuwałem specyficzny ból, którego nigdy wcześniej nie doświadczyłem.

Obraz endoskopowego założenia protezy / początek zabiegu 11:40.

19 czerwca (środa)
Kolejny dzień ku mojemu zaskoczeniu przyniósł mi na powitanie śniadanie – twarożek, 2 kromki chleba, gorzką herbatę. Skoro mogę, to ze smakiem zjadłem. Niestety po niecałej godzinie pojawiły się silne bóle. Nie mogłem znaleźć sobie miejsca na łóżku.
Przyjmowałem pozycję embrionalną, zwijałem się w kłębek szukając na całej powierzchni łóżka miejsca, które chociaż na chwilę przyniesie mi ulgę. Pielęgniarki nic nie mogły zrobić, bo nie miały wytycznych od lekarza. Po chwili jedna z nich podaje mi lek rozkurczowy, który jej zdaniem powinien przynieść mi ulgę. Nie działa, a mnie ból przeszywa na wylot. Po jakimś czasie przychodzi młoda lekarka. Zdaję jej na szybko w dwóch zdaniach relację co się ze mną dzieje. Obiecuje podać mi morfinę. Za 15 minut pojawia się pielęgniarka z dawką leku dla mnie, a ja stopniowo odczuwam jak ból znika za horyzontem, a ja wyruszam w drogę, której nie znam.

20 czerwca (czwartek)
Poranny obchód lekarzy i decyzja, że będę mógł dzisiaj zjeść obiad skoro ból ustąpił, aby sprawdzić, czy układ trawienny działa już poprawnie. Większość dnia spędziłem na czytaniu.
O 13:30 pojawił się obiecany obiad.

Barszcz ukraiński / pulpet drobiowy, sałata, ziemniaki – przed i po.

21 czerwca (piątek)
Decyzją lekarza prowadzącego zostaję wypisany i wracam do domu.

26 lipca (piątek)
Przez 35 dni od zabiegu nic mi nie dolegało. Wzmacniałem organizm własnym nektarem – sokiem z kiszonego buraka i czułem się dobrze. Waga ciała w normie. A tu nagle silny, nieustający ból po środku brzucha. Bez wahania biorę Nospę i przecibólowo Metafen. Obydwa leki przynoszą ulgę.

27 lipca (sobota)
Dzień z lekkim bólem. O godz. 22-giej wraca ból ze zdwojoną siłą, nie do zniesienia – jedziemy do Sobótki na pogotowanie, gdzie lekarz wypisuje skierowanie na SOR ze wskazówką CITO. SOR w Szpitalu Wojskowym na ul. Weigla (Wrocław). Złe wyniki, zostaję na obserwację na noc.

28 lipca (niedziela)
Zostaję wypisany wg opinii lekarza w stanie dobrym, ze skierowaniem do przyjęcia do szpitala celem obserwacji ze względu na podwyższone parametry CRP.

30 lipca (wtorek)
Ze skierowaniem melduję się w Szpitalu Wojskowym, ale nie chcą mnie przyjąć z uwagi na brak na skierowaniu adnotacji lekarza, który przyjmie mnie na oddział. Postanawiam pójść na SOR. Zostaje mi pobrana krew celem wykonania badań plus RTG klatki piersiowej i tomograf. Z wykonanych badań wynika, że mam kamień 0,8 mm w przewodzie żółciowym o średnicy 0,5 mm. Kolejny raz w kiepskiej formie zostaję wypisany z decyzją lekarza, aby jutro skonsultować stan mojego zdrowia z lekarzem, który zakładał protezę. Lekarz przepisuje mi antybiotyk Zefir z osłoną, a na bardzo silny ból przepisuje lek opioidalny – Skudexa.

31 lipca (środa)
O 7:30 czekam pod gabinetem lekarza na konsultację. Jestem zaskoczony. Lekarz jest miły i poświęca mi dużo uwagi i czasu. Tłumaczy co i jak. Dlaczego nie mam kamienia w przewodzie żółciowym (błędna interpretacja badania RTG przez lekarza na SOR-ze) i że moja trzustka jest w złym stanie. Według niego rozwiązaniem jest operacja – dostaję kontakt do Europejskiego Centrum Medycznego do prof. Marka Durlika z Kliniki Chirurgii Gastroenterologicznej i Transplantologii ze Szpitala MSWiA w Warszawie. A mnie podbrzusze cały czas boli. W ciągu dnia dzwonię do Warszawy celem umówienia wizyty – termin 26 sierpnia na godzinę 16:45.

1 sierpnia (czwartek)
Lubin – jedziemy z Mają na umówioną wizytę do dr Ewy Nienartowicz z Centrum Diagnostyki Obrazowej Miedziowego Centrum Zdrowia SA. Wykupuję odpłatne badanie USG brzucha. Na jego podstawie lekarz w trybie pilnym kieruje mnie na rezonans magnetyczny. Wracam do kasy i reguluję zapłatę za badanie. Decyzja lekarza jest jednoznaczna. Stan zapalny trzustki jest bardzo poważny i sugeruje jej usunięcie. Dr Nienartowicz wskazuje również na prof. Marka Durlika. Po południu zalecana przez dr Nienartowicz wizyta u gastrologa dr Waldemara Gachowicza. Otrzymuję jednoznaczne wskazówki: zażywanie enzymów do każdego jedzenia – 25000 do większych posiłków, Kreon 10000 do przekąsek, odstawić zapisany dwa dni temu antybiotyk Zefir.
Po powrocie do domu ok. 18:30 ból wywraca mnie na łóżko na lewą stronę – nie mogę znaleźć wygodnej pozycji, aż w końcu ląduję na podłodze w pozycji klęczącej z rękoma opartymi na łóżku – zaczynam odczuwać ulgę. Biorę Skudexę – po kilku minutach ból znika.

2 sierpnia (piątek)
Spędzam cały dzień w łóżku, śpię, rozmyślam. Wieczorem na wszelki wypadek zażywam Skudexę.

5 sierpnia (poniedziałek)
Pierwszy dzień po przerwie w pracy – projektuję, przygotowuję posiłki – mój stan się wyrównuje i poprawia. Ale twarde podbrzusze nadal jest odczuwalne.

6 sierpnia (wtorek)
Wg zaleceń dietetyka zaczynam pić wodę strukturalną.

Woda strukturalna obecna jest w warzywach i owocach, można ją także pozyskać z lodu, dlatego łatwo ją przygotować nawet w warunkach domowych. Sposób przygotowania jest naprawdę prosty, ponieważ wystarczy wlać do garnka odmierzoną ilość wody, którą następnie należy zagotować i odstawić do wystygnięcia. Ostudzoną wodę mrozić w zamrażalniku przez 3-4 godziny. Po tym czasie garnek wyjąć, przebić warstwę z lodu i wlać zawartość do pojemnika. Tak otrzymana woda z lodu ma właściwości wody strukturalnej. Woda strukturalna ma swoich przeciwników i zwolenników. Jest wiele badań zaprzeczających teorii strukturowania wody, m.in. za pomocą specjalnych urządzeń.

6 sierpnia (czwartek)
Zadzwoniła Alicja (Sołtys Sulistrowic), że rozmawiała jak to określiła z naszą szamanką – czyli Ireną od ziół – odnośnie mojej osoby i stanu zdrowia. Irena poprosiła o przesłanie zdjęcia moich oczu dla uzdrowiciela, który diagnozuje spojrzeniem w oczy (irydologia). Maja zrobiła mi od razu serię zdjęć i przesłałem e-mailem. Zaintrygowany metodą diagnozowania czekałem na odpowiedź.

Moje oczy.

22 sierpnia (czwartek)
Wizyta o 10:30 u dr Ireny Dawidiuk (dietetyk). Na bazie nowych wyników lekarskich omówiliśmy kolejny etap postępowania. Zalecone wcześniej badanie biorezonansem (wykonałem je we Wrocławiu w Centrum Medycznym BICOM przy ul. Chrobrego 35) wykazało między innymi pasożyta – glistę ludzką, którą trzeba unieszkodliwić ziołowymi preparatami oraz odczulić trzema zabiegami biorezonansem).

3 produkty od lewej na pasożyty. Para Farm na start, potem Vernicad i w przerwie Green Black Walnut, Traumeel na wzmocnienie i witamina B12.

24 sierpnia (sobota)
Spotkanie z uzdrowicielem.
Wyjechaliśmy z Adamem (partner Irenki od ziół) o 10:30 – kierunek Żelazno, kilkanaście km za Kłodzkiem. Jadę z dobrym nastawieniem, ale zdaję sobie sprawę, że będzie to zupełnie inne spotkanie niż dotychczasowe – mam na myśli dr. Irenę Dawidiuk czy lekarzy szpitalnych, klinicznych. Byliśmy na miejscu o 11:30. Po chwili czekania podchodzi do mnie uzdrowiciel – Henio – wita się i zapala papierosa, obserwując mnie. Zacząłem w kilku zdaniach mówić o ostatnich badaniach i diagnozie, że poza trzustką mam pasożyta (glistę ludzką). Gdy skończył palić podszedł do mnie i wziął moje lewe oko między swoje palce i powiedział: Nie masz pasożytów. Potem spojrzał w drugie i potwierdził. Spojrzał kolejny raz i powiedział, że mam „smarki” na płucach i stąd moje pobolewanie od 2 dni w okolicach prawego płuca i żeber. Jak twierdził to wynik mojego natychmiastowego rzucenia palenia w ur. w grudniu. Powiedział, że największą głupotą jest działanie natychmiastowe. Palenie rzuca się sukcesywnie. Najlepsza metoda to co tydzień skracać sobie papierosa o 5 mm do długości 20-30 mm od filtra. Potem jeśli ktoś palił normalne, grube fajki przejść na cienkie i zrobić powtórkę. Wówczas nie pojawią się antyciała, a organizm sukcesywnie przyzwyczai się do braku nikotyny. W innym przypadku nagłe rzucenie daje rekcję w organiźmie, że trzeba coś zrobić – stąd w moim przypadku „smarki” na dnie płuca. Nic groźnego, ale potrzeba czasu i odpowiednich preparatów aby płuca oczyścić. Potem zaczął się wykład odnośnie tego, co mam robić. Najważniejsze, że mam jeść to, na co mam ochotę – słuchać swojego organizmu. Mam jeść mięso, w tym duże ilości świńskiej wątróbki, aby szybko wyrównać poziom żelaza i wzmocnić obolałą wątrobę i śledzionę. Dostałem do picia przed snem śledzienicę, w trakcie dnia jadło mamusi (od Kasi w prezencie) i sadło z borsuka od Krzyśka.

Buteleczki ze śledziennicą (Chrysoplenium to ze słów greckich – chrysos – złoto i splenos – śledziona, co wskazuje na jej użycie do dawnego leczenia chorób śledziony), nalewką wskazaną na infekcje wirusowe, choroby nowotworowe – zwłaszcza trzustki, wątroby, śledziony; Sadło z borsuka (skutecznie pomaga w leczeniu gryp i przeziębień, astmy, choroby oskrzeli i płuc. Zwiększa odporność organizmu); Jadło mamusi to preparat, w którym są m.in.: orzechy, kłosy traw. Ogólnie ma błotnistą konsystencję.

Po spotkaniu zostaliśmy zaproszeni na obiad z Adamem. Tak pysznej fasolki po bretońsku jeszcze nigdy nie jadłem. Fasola wielkości mojego kciuka pływająca w pysznym sosie z kawałkami mięsa, kiełbasy, cebuli. Do tego kilka kromek bardzo smacznego chleba i 2 ogórki małosolne. Samo patrzenie na to jedzenie sprawiło, że poczułem się lepiej, a możliwość zjedzenia była niesamowitym przeżyciem. Powód – takiego dania nie mam na liście potraw, które mógłbym jeść. Ale w opinii Henia, właśnie takie są mi wskazane. Ucieszyło mnie to bardzo. Temat trzustki – w miąższu mam stwierdzoną kamicę i kamykami wypełniony i powiększony przewód Wirsunga. Henio zapytał, skąd tam kamica? Do trzustki dociera wyłącznie krew, tak więc krew nie mogła przenieść kamyczków, a jedynie stworzyć w miąższu i samej trzustce pewnego rodzaju muł/zawiesinę, który ją zatkał i z czasem utrudnił przepływ krwi. Stwierdził, że będzie dobrze. Planował podać mi preparat ziołowy, który sam przygotowuje, pod nazwą KAŚKA, ale w obawie o protezę zaczekamy z jego podaniem na działanie ŚLEDZIENICY i tybetańskiego preparatu DABUR. Za 2-3 tygodnie mam zrobić badania kontrolne (ogólne) plus USG brzucha, aby porównać je z poprzednimi wynikami. Sam jestem bardzo ciekawy, ale czuję/wierzę, że będą lepsze i będzie znaczna poprawa. Po obiedzie pojechaliśmy do dawnej kopalni/kamieniołomów, w której znajduje się silny czakram o podobnej mocy działania jak na Wawelu.

Miejsce o wyjątkowych właściwościach leczniczych.

Ustawiliśmy się we wskazanym przez Henia miejscu – na linii przepływu fali złota i zaczęliśmy wykonywać różne ćwiczenia, pozwalające odczuć istniejącą energię. Henio dodatkowo przykładał mi ręce w obszar moich dolegliwości, gdzie od razu poczułem ciepło. Po 10 minutach ćwiczeń musiałem zrezygnować, bo poczułem, że kręci mi się w głowie. Silna energia tego miejsca zrobiła swoje – dawno nie miałem kontaktu z tego typu energią i tak silnym działaniem. Zasugerowano mi, abym co jakiś czasu przyjeżdżał tu, również w sprawach zawodowych oraz innych. To miejsce i energia pomoże w rozwiązaniu problemów.

26 sierpnia (poniedziałek)
Nadszedł dzień naszego wyjazdu z Mają do Warszawy na spotkanie z prof. Markiem Durlikiem. Zameldowaliśmy się w Europejskim Centrum Medycznym. Opłaciłem wizytę, usiadłem w korytarzu przed gabinetem. Miałem nr 8 i przede mną było 7 osób. W mojej głowie niepokój. Jeśli przyjmuje od 16 tej, a ja mam wizytę na 16:45 to 7 pacjentów przede mną będzie miało po 6,5 minuty na wizytę za 400 zł !!! Poirytowało mnie to strasznie. Po chwili jedna z osób powiedziała, że lekarz normalnie powinien przyjmować od 15:00 – czyli na pacjenta jest przewidziane 15 minut – norma, choć dalej uważałem, że za mało. Patrząc pod swoim kątem – spora dokumentacja medyczna, przecież trzeba się z tym zapoznać. Pojawił się lekarz i poprosił pierwszego pacjenta. Przyszła kolej na nas. Opowiedziałem krótko co i jak. Poprosił wyłącznie o aktualne badanie tomografu i …. po chwili powiedział: Trzeba operować trzustkę, nie ma na co czekać. Maja siedziała naprzeciwko monitora i widziała jego spojrzenie na ruszający się obraz mojego badania – przeraził go stan mojej trzustki. Wziął małą karteczkę i narysował mi, co planuje zrobić z moją trzustką. Zapytałem jak skomplikowany jest to zabieg. Odpowiedź: Dla lekarza z moim doświadczeniem, ponad 2000 tys. takich operacji, nie jest to skomplikowane. A sama operacja trwa 1-1,5 godziny. Rekonwalescencja to ok. 10 dni w szpitalu. Poprosił o załatwienie skierowania do szpitala, a sam zadeklarował, że zostanie wyznaczony mi dość szybki termin przyjęcia. Dziękujemy i do widzenia. Po wyjściu spojrzeliśmy na siebie z Mają i uznaliśmy, że zaproponowane rozwiązanie trzeba wprowadzić w życie.

27 sierpnia (wtorek)
Mam burzę w mózgu. Z jednej strony uzdrowiciel, z drugiej profesor, pośrodku dietetyk. Jaką decyzję podjąć? Rozsądek podpowiada operację, skoro trzustka jest w takim stanie. Wiara daje nadzieję, że naturoterapia sobie poradzi. Pojawiają mi się na ciele w różnych miejscach małe, drobne ropne wypryski. Uznaję, że to po Jadle Mamusi. Kontaktuję się z Kasią w tej sprawie, a ona twierdzi, ze to normalny proces organizmu – oczyszcza się. Ja jednak odstawiam go.

29 sierpnia (czwartek)
Szybkie działanie w sprawie skierowania do szpitala. Odpłata wizyta w Medicoverze. Kolejna konsultacja odnośnie operacji z dr Pawłem Domosławskim. Lekarz po przeglądnięciu wyników badań nie ma wątpliwości – wystawia skierowanie do szpitala w trybie CITO.

30 sierpnia (piątek)
Przed południem wysyłam @ skierowanie do Klinki Chirurgii Gastroenterologicznej i Transplantologii Szpitala MSWiA w Warszawie. Tego samego dnia otrzymuję odpowiedź, że mam dosłać do 5 września swoją dokumentację medyczną. Jeśli dotrze na czas 6 września mam się stawić na godzinę 9:30 na konsylium lekarskie.

2 września (poniedziałek)
Wysyłam kurierem swoje medyczne papiery, aby dotarły na czas.

3 września (wtorek)
Dostaję informację ze szpitala, że moje dokumenty dotarły.

6 września (piątek)
Wyjazd do Warszawy nocnym pociągiem. Na miejscu jestem kilka minut po 6-tej.

Warszawa budzi się do kolejnego dnia.

Z dworca do szpitala poszedłem na piechotę (miałem sporo czasu w zapasie). Po drodze minąłem – oczywiście zamknięty o tej porze – komis z płytami GRUBA NUTA. W szpitalu, na IV p. pod sekretariatem byłem pierwszy, ale wszedłem jako kolejna z listy osoba. Przyjęło mnie konsylium lekarskie w liczbie dwóch lekarzy. Decyzja: Ma pan poważny stan zapalny trzustki, wypełnienie miąższu złogami i przewód Wirsunga powiększony do granic możliwości. Jedyne rozwiązanie to operacja. Czy wyrażam zgodę. Moja odpowiedź: Tak. W takim razie proszę się stawić na operację w dniu 23 września na godzinę 8:00. Proszę pamiętać o oddaniu krwi przez znajomych na rzecz pana – to jeden z warunków przyjęcia. Dziękuję i do widzenia. Tak jak przyjechałem wróciłem do Wrocławia pociągiem.

9 września (poniedziałek)
Wizyta u lekarza rodzinnego. Cel wizyty skierowanie na badania, niezbędne do przyjęcia do szpitala, szczepienie przeciw żółtaczce i zwolnienie lekarskie (9-23.09.2019).
Ogólne samopoczucie dobre, bóle umiarkowane. Zaczynamy z Mają akcję: KMOK – kto może oddać krew na moje konto. Skupiliśmy się na znajomych z Warszawy, aby było sprawniej i nie trzeba było jechać przez pół Polski. Pomocny w tym zakresie był Piotrek z Krakowa – nasz serdeczny przyjaciel oraz Grzesiek i Agnieszka z Warszawy. W krótkim czasie zorganizowali dawców. W sumie 5 osób oddało dla mnie krew. Kochani są.

12 września (czwartek)
Jadąc do Dolmedu złapał mnie piorunujący ból w aucie. Ledwo wyszedłem i zgięty w pół doszedłem do placówki. W rejestracji wykupiłem badanie grupy krwi i ledwo doszedłem do laboratorium. Ogromna kolejka (ok. 20 osób). Zająłem kolejkę i usiadłem na krześle, skulony trzymając się za brzuch. W międzyczasie dałem znać Mai jak się czuję. Gdy przyszła moja pora pobrania, dowlokłem się do okienka i powiedziałem, że bardzo źle się czuję, słaby i bardzo mnie boli. Od razu została wezwana pielęgniarka. Szybko pobrano mi krew, a następnie z pielęgniarką trafiłem do dyżurującego lekarza. W międzyczasie dojechała Maja – od razu zrobiło mi się raźniej. W dwóch zdaniach powiedziałem co mi dolega. Dostałem leki rozkurczowe, Ketonal i coś jeszcze oraz kroplówkę. Położono mnie w osobnym pokoju i przykryto ciepłym, pomarańczowym kocykiem. Po 15 minutach poczułem ulgę. Po godzinie z lekkim bólem postanowiliśmy wrócić z Mają do domu. Niestety ból powracał i utrzymywał się do końca tygodnia. Postanowiłem wezwać pomoc – poprosiłem Janusza Plutę, aby pomógł mi załatwić miejsce w szpitalu na Borowskiej do czasu mojego wyjazdu do Warszawy. Liczyłem, ze pod opieką lekarską stanę na nogi, a jednocześnie mój zapalny organizm zostanie odpowiednio przygotowany do operacji. Tak też się stało.

16 września (niedziela)
Zameldowaliśmy się z Mają o godzinie 12 tej w Uniwersyteckim Szpitalu Klinicznym przy ul. Borowskiej we Wrocławiu na oddziale SOR. Po wypełnieniu ankiety i odczekaniu 40 minut trafiliśmy na oddział  Chirurgii Ogólnej i Chirurgii Onkologicznej (IV piętro). Przyjął nas dr Marcin Zawadzki. Trochę formalności i po kilku minutach byłem już na sali 2-osobowej nr 5.
Moim sąsiadem był Pan Janusz. Pierwszy pomiar poziomu cukru na oddziale przez pielegniarkę, a tu 500!!!. Mój maksymalny poziom to 380 i to wówczas kiedy miałem ostry stan zapalny i nie mogłem zbić poziomu cukru. Szyba akcja – podłączenie pompy insulinowej.
Około godziny 17 wszystko wróciło do normy.

17-21 września (poniedziałek-sobota)
Dni mijały pod hasłem: PPP – poprawiamy podwyższone parametry. Poziomy cukru wahały się między 70 a 260. Regulowane były odpowiednim poziomem insuliny przez pompę, płynami, lekami w strzykawkach. Dostawałem posiłki dla cukrzyków i ogólnie czułem się dobrze. Czas spędzałem na czytaniu, pisaniu bloga, spacerach (również na zewnątrz) i wieczornym oglądaniu TVP Kultura. 19 września (środa) poczułem, że CZUJĘ SIĘ SILNY NA OPERACJĘ!

Moje codzienne zajęcia,a z okna swojej sali widziałem swój dom 🙂 i Ślężę

22 września (niedziela)
Wypis ze szpitala w stanie dobrym. Większość parametrów w normie. Podziękowanie za opiekę i ruszamy z Mają w drogę do Warszawy. Na miejscu jesteśmy ok. 18 tej. Wynajęliśmy na kilka dni pokój w mieszkaniu w pobliżu szpitala. Świętujemy ostatni dzień mojego przedoperacyjnego życia. Postanowiliśmy iść na długi spacer w kierunku Starego Miasta. A na pyszną kolację wylądowaliśmy w Trattoria Rucola przy ul. Miodowej 1 – pyszne jedzenie – polecamy bez dwóch zdań.

Warszawa po 20 tej / my na tle tapety wypełniającej całe wnętrze restauracji Trattoria Rucola

23 września (poniedziałek)
Meldujemy się na oddziale o godzinie 8:00. Nikogo poza nami nie ma. Zapukałem do sekretariatu i dowiedziałem się, że przyjęcia na dzisiaj zaczynają się o 11:00. Szyba decyzja – idziemy na śniadanie. Niestety o tej porze nie było zbyt wielkiego wyboru, lokale na zewnątrz o tej porze jeszcze zamknięte. Poszliśmy do szpitalnej stołówki. Jak się okazało miejsce bardzo przyjemne, przytulne i byliśmy pierwszymi Klientami. Zamówiliśmy: jajecznicę, parówki, herbatę, kawę, jogurtowy deser – tak aby jedzenie wypełniło nam czas do wyznaczonej godziny. A herbata LOVE smakowała jak nigdy dotychczas.

Zbliżała się godzina 10:30 i postanowiliśmy wrócić pod sekretariat. Już nie byliśmy sami na korytarzu. Spora ilość osób, w tym towarzyszących. Rezerwuje miejsce w kolejce i czekamy.
40 minut później wypełniamy dokumenty przyjęcia i zostaje skierowany do przebieralni. A tu ciekawostka pomieszczenie nr 707 zamiast znajdować się na 7 piętrze, znajduje się w suterynie.

Korytarz prowadzący do magicznej sali 707

Okazuje się, że nie muszę zostawiać w depozycie swoich przedmiotów i ubrań a mogę skorzystać wyłącznie z przebieralni. Tak też robię. Niezbędne rzeczy zabieram ja a pozostałem Maja (ubranie, w którym przyjechałem) i idziemy na oddział – V piętro, sala 2-osobowa nr 4. Kilkanaście minut później pojawia się mój sąsiad. Rozpakowałem swoje graty, pogadaliśmy z Mają. Około 18 wezwała mnie lekarka, a dokładnie st. asystent Katarzyna Baumgart-Gryn. Okazało się, że to ona właśnie będzie mnie operować w asyście prof. Durlika. Wyjaśniła co planuje zrobić, przedstawiając również wersję całkowitego usunięcia trzustki, jeśli się okaże po otwarciu w jakim jest stanie. Termin operacji zaplanowano na następny dzień na godzinę 8:00. Potem pojawił się anestezjolog celem wywiadu co i jak z moim organizmem. Operacja pod narkozą z opcją transfuzji krwi, jeśli zaistnieje taka konieczność.

24 września (wtorek)
Niespokojna, na wpół nieprzespana noc za mną. Około 7:30 pojawia się pielęgniarka i sprawdza jak się przygotowałem (wygoliłem) do operacji. Zasugerowała drobną korektę i po chwili schodziliśmy już razem na blok operacyjny, znajdujący się na III piętrze. Rozebrałem się do golasa, położyłem grzecznie na łóżku, przykryty fliselinową kołderką. Nagle zjawił się uśmiechnięty anestezjolog, zapytał jak się czuję i zabrał mnie na salę operacyjną. Tutaj szybka akcja. Przełożyłem swoje ciało na operacyjne łózko. Ułożyłem się wg zaleceń i już po chwili miałem przy nosie maseczkę z narkozą. Oddychałem spokojnie, umiarkowanie i …
około godziny 11-tej po przebudzeniu, świadomy znajduję się na sali pooperacyjnej. Po chwili w nogach mojego łózka znów pojawia się anestezjolog i pyta jak się czuję. Kiwam głową, że jest dobrze i zasypiam. Co jakiś czas pielęgniarka reguluje ustawienie pompy insulinowej i dawkowanie morfiny. Myślę o Majce i czy cokolwiek się dowiedziała od lekarza. Przede wszystkim, że żyję. Reszta dnia mija na przemian ze spaniem i obserwacją tego co się dzieje na sali pooperacyjnej.

25 września (środa)
Noc na obserwacji za mną. Nie odczuwam bólu pooperacyjnego. Wodą w strzykawce zwilżam sobie wyschnięte na wiór wargi. Rano pojawiają się pierwsze sygnały o powrocie na oddział. Mniej więcej o 14-tej słyszę, że zwolniło się miejsce na oddziale i zaraz jedziemy. Alarm okazał się fałszywy. Ktoś inny mnie wyprzedził. Przeczekałem do 17-tej i pojechaliśmy na oddział. Trafiłem na IV piętro, 3-osobowę salę, nr. 4. Kilka minut później była już przy moim łóżku Maja – nasza radość, szczęście nie miało końca. Przytuliliśmy się na tyle na ile mogłem się poruszać i z uśmiechem, spokojem patrzyliśmy sobie w oczy. Noc była ciężka. Miałem dren w brzuchu, do wenflona podłączone 2 wejścia z płynami i drenaż w nosie, który pioruńsko mnie drapał w krtań.

26 września (czwartek)
Zmiana opatrunku – ogromne cięcie na brzuchu splecione w warkocz, z jednej strony brzucha na drugą.

Pierwsze próby stawania na nogi i spacerowania szpitalnym korytarzem zakończone sukcesem. Co prawda poruszam się zgarbiony jak staruszek bez laski, ale dzielnie idę krok za krokiem.
Drenaż z nosa został wyciągnięty – wielka ulga i to drapanie w krtań ustąpiło. Dostaje kleik do jedzenia. Pojawia się Majka. Radujemy się kolejnym nowym dniem. Wypełnia nas radość i powoli znika niepokój. Spędzamy razem kilka godzin, po których Maja wraca do domu. Zawiązuje fajną znajomość z sąsiadem z sali – Rafałem. Młodszym ode mnie o kilkanaście lat, ale bardzo dojrzałym, spokojnym a przy tym mega sympatycznym. Na sali leży jeszcze trzeci pacjent – mocno otyły Pan po 60-tce po usuniętym żołądku. Samopoczucie coraz lepsze. Nie mogę zasnąć, proszę pielęgniarkę o tabletkę na sen.

27 września (piątek)
Noc przespana ale czuję się jakoś dziwnie. Jakbym nie był w swoim ciele. Kołysze mi się w głowie, mam lekkie zawroty i czuję się przygnębiony. Pytam Rafała co tu dają na sen, bo on łyka pigułki codziennie i słyszę Xanax. I jesteśmy w domu. Ja byłem przekonany o delikatnym środku ziołowym na sen, a dostałem lek przeciwlękowy z grupy pochodnych benzodiazepiny. Cały dzień miałem do tyłu.
(Substancją czynną preparatu Xanax jest alprazolam. Alprazolam jest pochodną benzodiazepiny o czasie działania krótkim do średniego. Wywiera, zależne od dawki, działanie hamujące na wszystkich poziomach ośrodkowego układu nerwowego, począwszy od niewielkiego uspokojenia, poprzez sen, aż do śpiączki. Pobudza oraz ułatwia działanie hamujące kwasu gamma-aminomasłowego (GABA), który jest głównym inhibitorem przekaźnictwa nerwowego w mózgu i odpowiada za hamowanie pre- i post-synaptyczne we wszystkich częściach ośrodkowego układu nerwowego. W porównaniu do innych benzodiazepin, alprazolam wywiera silniejsze działanie anksjolityczne i przeciwlękowe, przy zachowaniu działania zmniejszającego napięcie mięśniowe, przeciwdrgawkowego oraz uspokajająco-nasennego.)

28-29 września (piątek-sobota)
Stan zdrowia się poprawia, nie odczuwam bólu, więc tez nie przyjmuje leków przeciwbólowych.
Dostaje już 3 posiłki dziennie. Spędzam weekend na czytaniu na przemiennie Jazz Forum i Tygodnika Powszechnego, spożywaniu posiłków i kroplówek. Niestety pojawiło się zapalnie żyły na lewej ręce. Okłady z chlorku sodowego przynoszą ulgę.

Naprawdę smaczny obiad (zupa warzywna, rozgotowany pulpet drobiowy, buraczki na ciepło, puree ziemniaczane i kompot lekko kwaskowy) / zestaw dożylny, obolała ręka z zapaleniem żyły.

29 września (niedziela)
Zostaje mi usunięty dren z brzucha. Wielka ulga. Spędzamy długie godziny na rozmowie z Rafałem na różne tematy: zawodowe, prywatne, filozoficzne, religijne, muzyczne, zdrowotne. Takie rozmowy z właściwym partnerem, szczególnie w takiej sytuacji w jakiej byliśmy (szpital, choroba) działają bardzo pozytywnie.

30 września (poniedziałek)
Poranny obchód i otrzymuje informację, że dzisiaj wychodzę. Bomba. Ale to nie możliwe, bo mieszkam poza Warszawą i musi po mnie przyjechać żona. Wypis i zakończenie leczenie przesuwamy na kolejny dzień. Jestem wniebowzięty – nareszcie do domu. Szybkie kontakt z Mają, aby mogła na jutro wziąć dzień wolny i zorganizować miejsce w hoteliku dla psiaków.
Umówiłem się na rozmowę z psychologiem szpitalnym – Dorotą Zielińską. Powód – jak sobie radzić po powrocie do domu i jak przetrwać trudne dni jeśli się pojawią. Miła i rzeczowa rozmowa rozwiała wszelkie moje wątpliwości i dała mi pewność, ze sobie poradzę.

1 października (wtorek)
Wychodzę ze szpitala. Zaliczam zorganizowaną na szybko konsultację u dietetyka klinicznego Katarzyny Kosałki. Zalecenie: zakazy i ogólnie trzymać dietę, kontrolować poziomy cukru i będzie dobrze. Jeść 5 razy dziennie białko do posiłku lub po w formie z jogurtem lub jako mleczny napój. Konkretne zalecenia, a ja uświadomiłem sobie, że moim rarytasem przez najbliższy czas będą pulpety drobiowe i gotowane warzywa. Maja przyjechała ok. 14-tej. Ja już miałem komplet dokumentów i byłem po rozmowie z prof. Durlikiem na temat dalszego postępowania (badanie tomografem ok. 15-20 listopada, wizyta kontrolna w listopadzie w Warszawie). Na koniec profesor zaproponował abym zaprojektował dla kliniki plakat związany z trzustką. Oczywiście zgodziłem się. Na terenie szpitala w barze U DOKTORA zjedliśmy obiad przed podróżą, w sklepie medycznym kupiłem gorset i w drogę. Na miejscu byliśmy o 21:30. Po 2 tygodniach szpitalnych pierwsza noc w swoim łóżeczku.

Widok z trasy w kierunku Wrocław ok. 19 tej

2 październik (środa)
Noc w zasadzie przespana pół na pół. Pierwsze śniadanie, herbata… Baaaardzo się stęskniłem za psiakami – Tosią i Winylem. Przygotowuję się plan działania zarówno pod kątem posiłków jak i przyjmowanych leków czy preparatów odżywczych.

Preparaty odżywcze: Protifarm (produkt wysokobiałkowy) / enzymy Kreon 25000, Lipancrea 16000 / Cipronex (stosowany w leczeniu zakażeń bakteryjnych) i Neoparin (zapobiega żylnej chorobie zakrzepowo-zatorowej – ŻChZZ)

Maja odebrała je po pracy z hoteliku. Gdy tylko pojawiły się w domu i uruchomiły swoje ogony, wspólnej radości nie było końca. Ale przyznam, że były bardzo ostrożne.

3 październik (czwartek)
Zakładam gorset i wsiadam w auto i jadę do lekarza rodzinnego. Potrzebuję kontynuacji zwolnienia lekarskiego oraz recepty na enzymy i szczepionkę na grypę. W związku z moimi zwolnieniami L4 wystawionymi ze szpitala, a nie zgłoszonymi w odpowiednim czasie do ZUS odwiedzam księgowego i jego specjalistki od ZUS-u, które przygotowały odpowiednie dokumenty i pisma, aby wszystko grało. Zaczynam przygotowywać sobie posiłki.

Pulpety z gotowanymi pomidorami i szpinakiem / pulpety z cukinią i marchewką / gotowany filet z kaczki z cukinią, papryką i ryżem

9 październik (środa)
Umówiona wizyta w szpitalu na ul. Borowskiej z dr Marcinem Zawadzkim celem ściągnięcia szwów. Lekarz po oglądnięciu blizny zadecydował, że na ściąganie umawiamy się za tydzień. Powód – długość blizny i ewentualne ryzyko, że jeśli teraz pozbędziemy się szwów, może się rozchylić rana.
Przy okazji biorę drugą dawkę szczepionki ENGERIX B przeciw żółtaczce.

12-13 październik (sobota-niedziela)
Weekend. W sobotę odwiedza mnie Beata (ukochana moja siostra) z Raimundem (szwagier) i synem Maksem (który załapał się przy okazji) celem kontroli mojego wyglądu i samopoczucia.

16 październik (środa)

Kolejna wizyta w szpitalu na ul. Borowskiej u dr Marcina Zawadzkiego i próba ściągnięcia szwów. Tym razem skutecznie. Choć odczuwalny ból przy wyciąganiu był bardzo odczuwalny. Wyciągnięcie szwów spowodowało, że warkocz z blizny zniknął.

Przy okazji obecności w szpitalu, korzystam z pokoju zabiegowego i wrzucam w organizm szczepionkę na grypę VAXIGRIP TETRA. A za jakiś czas kolejne szczepionki m.in.: na pneumokoki, meningokoki.

19-20 października (sobota-niedziela)
Mieliśmy gości: syn Maks z przyjacielem Bartłomiejem i jego dziewczyną Donatą zorganizowali nam grilla. Mnie z różnych potraw trafiły się filety z kurczaka z mango i czosnkiem z dodatkiem ryżu plus zupa makaronowa z mlekiem kokosowym. Niebo w gębie, a przy tym bez żadnych ekscesów zdrowotnych następnego dnia.

21 października (poniedziałek)
Godzina 23:00, wstrzykuję sobie ostatni z 28 zastrzyków NEOPARINU zaleconych od wyjścia ze szpitala.

NEOPARIN – Zapobiega żylnej chorobie zakrzepowo-zatorowej (ŻChZZ) u pacjentów chirurgicznych z grup umiarkowanego i wysokiego ryzyka, szczególnie u pacjentów poddawanych zabiegom chirurgicznym ortopedycznym, zabiegom w chirurgii ogólnej i onkologicznej. Zaliczyłem 28 wstrzyknięć w podbrzusze.

22 października (wtorek)
Zaplanowana wizyta u dietetyczki dr Ireny Dawidiuk. Na start pomiar wagi, ciśnienia, badanie oczu, gardła i dokładne badanie brzucha. Zapoznanie się ze szpitalnymi wynikami badań. Modyfikacja diety i w związku z tym, że nie miałem transfuzji krwi skierowanie na badanie komórkowe – test MRT-150 (bagatela 1850 zł), które powie nam pełną prawdę o mnie i o tym, czego mój organizm z produktów spożywczych nie akceptuje. Mam dobre nastawienie do zaleceń i wierzę, że za kilka-kilkanaście tygodni będzie już bardzo dobrze.

23 października (środa)
Poniżej prezentuje moje obiadowe menu:

PONIEDZIAŁEK – ryż z gotowanym jabłkiem i cynamonem
WTOREK – gulasz wołowy duszony w jabłkach z ryżem plus buraczki na ciepło
ŚRODA – pulpety z kurczaka duszone z bakłażanem i świeżymi ziołami plus shirataki (bezglutenowy, niskokaloryczny produkt niezawierający tłuszczów, cukrów i węglowodanów)

Dzisiaj po raz pierwszy, samodzielnie po 39 dniach przerwy wyszedłem na spacer z Toską i Winylem. Dałem radę.

25 października (piątek)
Zakupy makaronowe (z fasoli mung, ryżowy, z brązowego ryżu, warzywny) w/g zalecenia dietetyczki w azjatyckim sklepie. Przy kasie nie mogłem się oprzeć słynnym chińskim ciasteczkom z wróżbą (0,60 zł/szt.) i kupiłem kilka. Po wyjściu ze sklepu losowo wybrałem jedno i ….

to podsumowuje mój nowy etap w życiu 🙂

30 października (środa)
Wizyta u dietetyczki dr. Ireny Dawidiuk – analiza wyników MRT i wejście w program LEAP.

7 listopada (czwartek)
Moja druga wizyta u gastroenterologa dr Waldemara Gachowskiego. Powód wizyty: ostre swędzenie skóry trwające od 1 listopada i delikatne jej zażółcenie. Zostałem dokładnie przebadany, brzuch, skóra, oczy. Na wzdęty brzuch zalecony zostaje lek METEOSPASMYL (lek działający rozkurczowo na mięśnie gładkie, ułatwiający usuwanie gazów z przewodu pokarmowego – zalecenie 1 tabletka przed posiłkiem). Na koniec wizyty wymieniliśmy się numerami telefonów (zaznaczę, że jest to pierwszy z lekarzy, z którymi miałem dotychczas kontakt i który podał mi swój prywatny nr telefonu), aby skonsultować zalecane wyniki badań: GGTP, fosfataza alkaiczna, bilirubina, kwasy żółciowe, ALT, AST, anty HCV, anty HBc, anty HBs, badanie ogólne moczu. Zalecona zostaje również obserwacja stolca i tu pomocna okazała się Bristolska skala uformowania stolca:
https://pl.wikipedia.org/wiki/Bristolska_skala_uformowania_stolca.
Tego samego dnia po wizycie udało mi się wykonać większość zalecanych badań. Niestety poza PH 5,0 pozostałe parametry badań znacznie podwyższone, np. bilirubina 4,45 mg/dl.

8 listopada (piątek)
Zadzwonił mój telefon a na wyświetlaczu warszawski numer ze szpitala. Hmm… Z tej strony doktor Katarzyna Baumgart, czy rozmawiam z Grzegorzem Mieczkowskim? Tak przy telefonie. Otrzymaliśmy pana wyniki badań hist.-pat i okazało się, że ma pan drobne ogniska nowotworowe pozostałe po usunięciu trzustki i należy skontaktować się z onkologiem celem ich usunięcia. Oryginalny wynik zostanie panu wysłany pocztą. Potem było już bardziej przyjemnie, nie mniej…

15 listopada (piątek)
8:00 kolejny badanie – tomograf jamy brzusznej (7 tygodni po operacji). Poziom kreatyniny w normie 0,87 mg/dl. Dzisiaj listonosz dostarcza wypis badania hist.-pat. z Warszawy. Wysyłam go @ do gastroenterologa dr W. Gachowskiego celem konsultacji. Ze względu na brak kompetencji w tym zakresie, sugeruje wizytę u onkologa.

17 listopada (niedziela)
Od ostatniego wpisu minęły już ponad 3 tygodnie. Zrobiłem badania MRT. Ich wynik to przede wszystkim całkowity zakaz spożywania wszystkich produktów z krowiego mleka, glutenu oraz glutaminianu sodu – gdziekolwiek by występował.

18 listopada (poniedziałek)
Konsultacja u prof. W. Kielana w szpitalu na ul. Borowskiej. Gdy czyta wypis badania hist.-pat. obserwuję jego wzrok i nagle: Miał pan w trzustce skupisko nowotworowe i operacja nie była za 5 minut 12:00, a minutę przed 12:00! – czyli w ostatniej chwili. Stąd też pozostały drobne ogniska zapalne, które moim zdaniem są niegroźne i być może nie będą wymagały leczenia chemią. Skieruję pana na oddział onkologii do dr Beaty Freier. Zalecałbym też konsultację z gastroenterologiem ze względu na żółtaczkę i polecam dr Artura Salomona z kliniki Salvita.  Natychmiast po wyjściu z gabinetu profesora udałem się do dr B. Freier – niestety nie zastałem jej w gabinecie, ale asystentka wykazała zainteresowanie moją osobą i stanem zdrowia i zapewne faktem, ze skierował mnie prof. Kielan. Zeskanowała niezbędne dokumenty, zapisała mój nr telefonu i obiecała zadzwonić jak tylko ustali co dalej z lekarzem. Pierwszy raz ktoś zaproponował, że zadzwoni. Bo dotychczas było: proszę próbować dzwonić za 2, 3, 5 dni lub ew. zgłosić się w dniu kiedy przyjmuje lekarz, ale nie mogę obiecać, że pana przyjmie.
Nie minęła godzina i zadzwonił telefon. Proszę przyjść 25 listopada na godzinę 11:00. Szybko się zreflektowałem i poprosiłem o inny termin, bo 25 listopada mam wizytę w Warszawie u prof. M. Durlika. Rozumiem, zatem zapraszam 2 grudnia również na 11:00.
Wracając samochodem zadzwoniłem do poleconego dr A. Salomona celem ustalenia wizyty. Oczywiście powołałem się na prof. Kielana i termin wizyty miałem na 20 listopada na godzinę 14:00.

20 listopada (środa)
Wizyta w Klinice Salvita. Mimo polecenia lekarz potraktował mnie urzędowo, nie dając mi zrelacjonować swojej dolegliwości i procesu leczenia, który jest za mną. Poprosił o wypis ze szpitala, który przeczytał pobieżnie, a następnie poprosił abym odsłonił brzuch, celem jego oceny. Postawił diagnozę: cholestaza i po chwili wrócił za swoje biurko i wypisał mi zestaw 7 leków, które jego zdaniem powinienem brać regularnie przez 2 miesiące – czyli 12 pigułko-tabletek dziennie. Rozzłościło mnie to, ale nie dano mi szansy tego okazać, bo mój czas wizyty się skończył. Na koniec usłyszałem: Proszę się zarejestrować ok. 20 stycznia do mojego syna, bo do mnie nie ma miejsc.

Z receptą obskoczyłem kilka aptek i w końcu wylądowałem w aptece na ul. Weigla (Wrocław) gdzie mogłem ją w całości zrealizować. Pani przygotowała całą reklamówkę leków i …. 386 złotych do zapłaty. O k…. – ze względu na fakt 2 miesięcznej kuracji proszę mi zredukować te leki o połowę. Tak też się stało i wyszedłem z reklamówką leków, ale za 186 złotych.

21 listopada (czwartek)
Nieustające swędzenie skóry, zażółcone gałki oczne. Postanowiłem coś zrobić alternatywnego. Pojechałem do apteki Lawendowa po krople z ostropestu na wątrobę i krople CDB 10%.
Jednocześnie do 26 listopada przyjmuję leki od dr Salomona. Nie czuję się po nich lepiej i ta świadomość połykania codziennie tak dużej ilości leków.

26 listopada (wtorek)
Kolejna wizyta u dr Dawidiuk. Zlecenie badań na wizytę u onkologa. Zalecenia na żółtaczkę – olej rycynowy na ciepłe okłady wątroby na prawy łuk żebrowy) oraz wcieranie w bliznę po operacji plus leki homeopatyczne: Lycopodium 9CH (stosowany w przypadku dolegliwości obejmujących wątrobę i przewód pokarmowy na całej jego długości, metabolizm kwasu moczowego, mocznika i cholesterolu, nerki i narządy płciowe, skórę i błony śluzowe) oraz PHOSPHORUS 9CH (stosowany m.in. w problemach z trawieniem oraz przy wrzodach żołądka i zatruciach pokarmowych),

Dzisiaj też zaliczyłem pierwszą wizytę w nowej przychodni u Internisty (przepisałem się z wrocławskiej przychodni do przychodni w Sobótce). Celem było poinformowanie lekarza pierwszego kontaktu o moim obecnym stanie zdrowia oraz skierowanie na badania (m.in. zalecone przez dr Dawidiuk), odbiór nowego glukometru, recepty na insuliny oraz zwolnienie lekarskie na kolejny okres leczenia. Wszystko załatwiłem sprawnie i szybko z bardzo młodą lekarką – jakby to określił Jan Kaczmarek ze Studia 202. Tak swoją drogą to „Z pamiętnika młodej lekarki” – cykl humorystycznych, kilkuminutowych skeczy radiowych autorstwa Ewy Szumańskiej do dzisiaj powoduje uśmiech na twarzy.
Swędzenie ciała nie ustępuje. Zarówno do kąpieli (olejek) jaki i po (balsam) używam preparatów firmy Ziaja Med (kuracja dermatologiczna AZS) – nawilżają skórę i przynoszą ulgę, nie mniej wieczorne swędzenie wraca jak zachodzące słońce.

27 listopada (środa)
Wykonałem zestaw badań ze skierowania plus te odpłatne (408 złotych).

29 listopada (piątek)
Wyniki badań niestety nadal podwyższone. Wysyłam je do konsultacji do dr. W. Gachowskiego oraz dr. I. Dawidiuk.

2 grudnia (poniedziałek)
Wizyta u onkologa w szpitalu na ul. Borowskiej – dr Beaty Freier. Bardzo sympatyczna, rzeczowa, kompetentna lekarka. Od razu przekazuje mi informację, ze zgłasza mnie jako swojego pacjenta na jutrzejsze konsylium onkologiczne. Mam się stawić jutro o 7:45.

3 grudnia (wtorek)
7:45 melduję się w szpitalu na konsylium onkologiczne. Przyszedłem jako ostatni, przede mną w poczekalni czeka już 8 osób. Nawiązuję rozmowę ze starszym panem i jego żoną. On jest pacjentem z nowotworem prostaty, żona mu towarzyszy i wspiera. Gdy zacząłem swoją opowieść słuchali jej z otwartymi ustami nie wierząc w to, co słyszą. Po chwili kolejne osoby zaczęły się przysłuchiwać. Na koniec zdałem sobie sprawę w jakiej niewiedzy są prowadzeni pacjenci w podeszłym wieku – nic nie wiedzą o swojej chorobie i możliwościach jej leczenia. Poza jedną kobietą pozostali to mężczyźni z chorą prostatą. Wychodząc po kolei informują, że będzie ich czekało leczenie radiologiczne. Z dwojga złego to zapewne mniej inwazyjna metoda. Skoro przyszedłem jako ostatni, tak też wszedłem jako ostatni – dopiero o 10:30. Decyzja konsylium: aby wyleczyć pana z pozostałych po operacji ognisk zapalnych musimy w pierwszej kolejności wyleczyć organizm z żółtaczki oraz żółci zbierającej się w przewodach. Zostanie założony dren, który usprawni funkcjonowanie organizmu i stopniowo uwolni od żółtaczki. Proszę się zgłosić po skierowanie na przyjęcie do szpitala w dniu 5 grudnia. Lekarzem prowadzącym będzie dr Piotr Kobielak.

5 grudnia (czwartek)
7:30 melduję się pod gabinetem prof. W. Kielana po skierowanie na przyjęcie na oddział. Okazało się, że skierowanie muszę aktywować w rejestracji na parterze szpitala. Okazało się, że najbliższy normalny numerek to 90, a przyjęty jest pacjent z nr 34 – czyli min. 3 godziny w kolejce. Ale w automacie są też numerki uprzywilejowane i najbliższy to nr 54 przy obsługiwanym nr 38 – czyli ok 30 minut czekania. Czekając słyszę, że numery uprzywilejowane są wyłącznie dla kobiet w ciąży. Nie poddaję się. Przychodzi moja kolejka i śmiało idę do rejestracji. Mówię, że mam skierowanie z tutejszego szpitala na Oddział Chirurgii Ogólnej i Chirurgii Onkologicznej na przyjęcie na cito. Młoda osoba z uśmiechem na twarzy dzwoni na oddział, zapewne aby zweryfikować moje słowa. Po chwili prosi o dokument tożsamości i zaczynamy wypełniać formularze. Po 10 minutach byłem już na oddziale i czekałem na przyjęcie. Zabieg wpuszczania drenu zaplanowano na godzinę 14:00 i tak też się stało. Dr Maciej Miś wyjaśnił mi w kilku słowach na czym będzie polegał zabieg i proces wystartował. Początek, dzięki miejscowemu znieczuleniu przebiegł bezboleśnie, natomiast kolejny etap uruchomił pasmo ciągnącego się i narastającego bólu. Zaczęto podawać mi leki znieczulające, które nie działały natychmiastowo. Moje ciało podnosiło się nad łóżkiem zabiegowym niczym w transie lewitacji. Nie jestem w stanie wytrzymać. Lekarz widząc moją reakcję decyduje się na zakończenie zabiegu na tym etapie i zakończenie wpuszczania drenu dalej do przewodów żółciowych za 2-3 dni. 15 minut później leżąc już na swoim szpitalnym łóżku poczułem, że zaczynają działać leki znieczulające przynosząc ulgę, ale niestety po czasie.

Ja i mój dren

7 grudnia (sobota)
Po porannej kąpieli zaczynam odczuwać, że natężenie swędzenia powoli ustępuje. Moją szpitalną lekturą jest biografia Muminkowej Mamy – Tove Jannson, nowe wydanie magazynu JAZZ FORUM i specjalne wydanie TERAZ ROCK w całości poświęcone LED ZEPPELIN.

Zestaw szpitalnej porcelany i smakowite posiłki.

9 grudnia (poniedziałek)
Na porannym obchodzie dowiedziałem się, że dzisiaj będzie poprawiany dren, więc dostałem szlaban na jedzenie. Ale o godzinie 14-tej salowa przyniosła mi obiad z informacją, że lekarz wyraził zgodę. Okazało się, że zabieg został przeniesiony na jutro.
Szukając totalnej ciszy w szpitalu, aby pozbierać rozproszone myśli, a jednocześnie pobyć samemu trafiłem na kaplicę szpitalną znajdującą się na poziomie 0.

Szpitalna kaplica / fragment, na który trafiłem otwierając losowo Pismo Święte, znajdujące się na regale / pamiątkowy kubek od salowej

10 grudnia (wtorek)
15:30 pielęgniarka i salowy zawożą mnie na ciąg dalszy zabiegu wsuwania drenu w głąb ciała.
Tym razem poszło szybko, sprawnie z delikatnym, prawie nieodczuwalnym bólem. Teraz dren jest w 100% założony wg medycznych wytycznych.

12 grudnia (czwartek)
Dzisiaj zaplanowany jest wypis dla mnie ze szpitala. Tydzień minął, czas do domu. Niestety tego dnia nie opuściłem szpitala. Po obiedzie ok. 15-tej złapał mnie dość silny ból w podbrzuszu. Dostałem leki rozkurczowe, a 30 minut później trząsłem się jak galareta z zimna. Nie mogłem opanować drżenia całego ciała. Ze względu na fakt wyjścia do domu, moje dotychczasowe łóżko było już przygotowane pod nowego pacjenta. Nie zastanawiając się, wskoczyłem w dresie na łóżko sąsiada Jarka i otuliłem kołdrą, próbując się ogrzać i zredukować drżenie. Po chwili zjawiła się pielęgniarka, a po niej dwóch lekarzy. Usłyszałem: Proszę przejść z powrotem na swoje łóżko. Zostaje pan do jutra, w takim stanie nie może pan wyjść do domu. Zmierzono mi poziom cukru – 420. Ok. 20-tej ciało wróciło do równowagi.

Korzystając z wind zauważyłem różnorodność wycierania się podłogi w nich, co świadczy o ilości pacjentów i odwiedzających jeżdżących nimi. Jak widać winda środkowa jest bez wątpienia najczęściej używana 🙂

13 grudnia (piątek)
Odbieram wypis i wracam do domu. Zalecenia: za 6 tygodni kontrola drenu (wówczas zostanie podjęta decyzja czy go usuwamy, że też zostanie jeszcze na 1-2 tygodnie) plus cotygodniowe badania poziomu GGTP i Bilirubiny i zestaw leków, który prezentuję poniżej:

20 grudnia (piątek)
Badania kontrolne. Poziom GGTP z 201 U/l spadł do 173 U/l, a Bilirubina z 7,8 mg/dl spadła do 5,14 mg/dl. Prowadzę raport zbierającej się w worku żółci od dnia wyjścia ze szpitala – średnia dzienna ilość płynu to między 0,8 a 1,1 L.

27 grudnia (piątek)
Wizyta u nowego lekarza – diabetologa. Dr Jacek Bogdał okazał się pierwszym lekarzem, który wytłumaczył mi cały proces działania insulin, które przyjmuje w ciągu doby. Przeanalizował mój notes z zapiskami poziomów cukrów, co i kiedy jem, jakie ilości insuliny sobie podaję etc.
Jednocześnie dowiedziałem się o alternatywnej insulinie, która jest znacznie tańsza niż ta, którą biorę obecnie, a mająca bardzo dobre parametry. Zdecydowałem się też na plastry FREESTYLELIBRE – system monitorowania glikemii. Pakiet startowy: 2 plastry plus czytnik – koszt 723 złote.

2020

11 stycznia (sobota)
Nie przespana noc, której powodem był silny, przeszywający cały brzuch ból. O 8:00 wezwaliśmy karetkę. Widząc w jakim jestem stanie natychmiast zabrano mnie i zawieziono do szpitala na ul. Borowską. Poczekałem trochę w kolejce, pobrano krew, zmierzono ciśnienie, zrobiono EKG i przekierowano mnie na salę obserwacyjną. Dostałem kroplówkę i lek przeciwbólowy. Po 15 minutach zawieziono mnie na RTG – celem weryfikacji drenu wewnątrz brzucha. Ból nie ustępuje, dostaję niewielką dawkę morfiny. Jestem tak słaby, że od razy przysypiam. Po ok. godzinie pojawia się z wynikami lekarz dyżurny z oddziału, na którym leżałem. Wszystko z drenem jest OKwyniki też ma Pan dobre. Moje zalecenie – wraca Pan do domu, a gdyby ból powrócił jutro rano proszę się zgłosić na oddział. Tak też się stało.

Wnętrze karetki – skok ze spadochronem / pasy na nogach / mój rytm

15 stycznia (środa)
Po ostatniej akcji na SOR-ze (szpital ul. Borowska), pojechałem na konsultację na oddział. Idąc z windy trafiłem na prof. Kielana i od razu padło pytanie: Co słychać i jak się Pan czuję?
A ja na to, że tak sobie, że wylądowałem w sobotę rano na SOR-ze z silnym bólem, uśmierzonym morfiną, po której mnie wypisano do domu o godz. 15 tej. W związku z tym przyjechałem na oddział skonsultować swój stan zdrowia. Na to prof.: W takim razie spotkamy się zaraz w gabinecie zabiegowym, poproszę dr, Zawadzkiego i dr Hapa na konsultację.
Tak też się stało. Zbadano mój wzdęty jak balon brzuch, zmieniono mi opatrunek przy wejściu drenu do ciała oglądając go ze wszystkich stron. Diagnoza: dren jest prawidłowo umiejscowiony, wyciek płynu w normie, RTG z 11 stycznia nie wykazuje zmian ułożenia wewnątrz brzucha. Bóle, które odczuwam, są wynikiem procesu leczenia. Otrzymuję na wszelki wypadek lek opioidowy w formie plastra MATRIFEN (Opioidowy lek o działaniu przeciwbólowym zawierający fentany. Działa ok. 100 razy silniej niż morfina, ponieważ lepiej rozpuszcza się w tłuszczach i łatwiej przenika przez barierę krew-mózg. Podstawowymi efektami jego działania są znieczulenie i uspokojenie. Jego forma to plaster naklejany na skórę wielkości 3×3 cm z działaniem przez 72 h). Umówiliśmy się, że jesteśmy w kontakcie i że mam się stawić 23 stycznia na kompleksowe badania i wyciągnięcie drenu.
Wróciłem do domu i do źródeł, które kiedyś były dla mnie wskazówką. Postanowiłem zrobić sobie głodówkę, lewatywę, a miejsce podbrzusza i wątroby smarować własną uryną. Bardzo pomogło i przez kolejne dni do dnia tego wpisu praktykuję to. Z tym, że zacząłem przyjmować drobne posiłki lekkostrawne.
23 stycznia idę na 2-dniowy pobyt do szpitala na gruntowne badania. Cel to usunięcie drenu. Ale dopiero po wszystkich badaniach okaże się, czy tak się stanie. Wierzę, że tak i za kilka dni wskoczę w ostatni etap leczenia onkologicznego.

21 stycznia (wtorek)
Niestety nie wytrzymałem do wyznaczonego terminu wizyty. Ok 21-ej pojawiły się tak silne bóle, że leki nie pomagały. Mimo, że Majka wróciła ze szkolenia dość późno, postanowiliśmy nie wzywać karetki a wsiąść w auto i zasuwać do szpitala na SOR. Dość szybko mnie przyjęto, po wywiadzie na Izbie przyjęć zadecydowano aby podać mi TRAMAL (Silnie działający narkotyczny lek przeciwbólowy z grupy opioidów, pobudzający głównie receptory nazywane receptorami µ. Siła jego działania określana jest jako 1/6 do 1/10 siły działania morfiny). Potem zawieziono mnie na poczekalnię z informacją, że zejdzie do mnie lekarz dyżurny z oddziału na którym wcześniej leżałem. Maja wróciła do domu. Lekarz – Pani dr – pojawiła się po ok 40 minutach – miła, konkretna rozmowa z przekazaniem informacji, że mam planowane przyjęcie na 23 stycznia. Po 15 minutach leżałem już na IV piętrze oddziału w sali nr 10.

22-31 stycznia (środa-piątek)
Na obchodzie, zaskoczeni lekarze (z ostatniej konsultacji 15.01.) zapytali: Co się stało? A ja na to, że silne bóle nie do wytrzymania i przyjechałem w nocy na SOR. Zaczęła się procedura przyjęcia, badań, oceny stanu zdrowia etc. 24 stycznia o 8:00 tomograf jamy brzusznej z kontrastem – dłuższe badanie niż zazwyczaj aby bardzo szczegółowo zbadać stan wewnątrz.
Czas szpitalny wypełniłem tym co lubię: muzyką i filmem.

Wróciłem wspomnieniami ponad 30 lat wstecz, do roku 1986 kiedy więcej niż obecnie słuchałem heavy metalu i postanowiłem posłuchać ośmiu moim zdaniem najlepszych płyt Metalliki. Wieczory wypełniały filmy muzyczne – różne gatunkowo, ale bliskie moim gustom – wszystkie szczerze polecam.

Kolejne dni upływały spokojnie, przede wszystkim bezboleśnie. Czekaliśmy na opis badania tomografu przez radiologa. Podczas mojego pobytu (sala 3-osobowa) przewinęło się 5 sąsiadów. Różni ludzie, różne dolegliwości, różne historie. 29 stycznia był opis badania: Wątroba niepowiększona bez zmian ogniskowych, we wnęce wątroby pomiędzy dwunastnicą i żołądkiem widoczna kolekcja palczasta gęsto płynowa 2x5x5 cm o cechach zbiornika ropnego/żółciowego. Drogi żółciowe nieposzerzone. W loży po śledzionie widoczne 15 mm ognisko. Obie nerki położone prawidłowo, bez zmian ogniskowych, nie wykazano powiększonych węzłów chłonnych. Aorta brzuszna o normalnej szerokości z pojedynczymi zwapnieniami w ścianie.
Jest wynik czyli czas na konsultację z chirurgiem od drenu i onkologiem.

Słuchając muzyki delektowałem się szpitalną kuchnią / kilka dań z obiadowego menu. Hitem był „zimny” obiad „zrób to sam”, czyli makaron, plaster białego sera i jogurt / ja po odłączeniu worka z żółcią i zakręcenia kranika na drenie.

Pojawił się onkolog i na podstawie całej historii przekazał mi informację: Od chwili operacji (24 września 2019) ma Pan 6 miesięcy na rozpoczęcie leczenia onkologicznego, czyli zostały nam 2 miesiące. Oceniając wyniki badań i stan Pana zdrowia, proponuje 6-miesięczną kurację chemią. Jej dawkowanie zależne będzie od stanu Pana zdrowia. Jak tylko poprawią się Panu parametry wątrobowe zaczniemy leczenie. Łzy wypełniły mi oczy, ogarnął mnie smutek, przygnębienie i myśl: JAK DAM RADĘ?. Nie przespana noc i oczekiwanie na decyzję odnośnie drenu. Przez fakt, że wyniki, niektórych badań (Bilirubina 1,4 mg/dl, CRP 13,7 mg/l, GGTP 524 U/l) są nadal podwyższone zapada decyzja o nie wyciąganiu drenu a jego zakręceniu na 7 dni i odpięcie worka. Argumentem jest to, że jeśli parametry przez te 7 dni się pogorszą, to wówczas wracamy do drenażu. Jeśli będą bez zmian lub bliższe normom wyciągamy dren. Gdyby wyciągnięto mi teraz drenaż jego ponowne wprowadzenie byłoby bardziej bolesne niż za pierwszym razem i mniej precyzyjne.
31 stycznia o godzinie 12:00 czekałem przed wejściem głównym do szpitala na Majkę. W domu od razu poczułem się lepiej. Gorąca kąpiel, przepyszny obiad, zwierzaki, spokój, cisza i radość.
W najbliższym tygodniu mam ustalone wizyty z diabetologiem i dietetyczką. Zaplanuje jeszcze wizytę u gastroenterologa celem konsultacji wyników badań szpitalnych i opcji leczenia chemią.

pamiątkowy szpitalny pakiet / enzymy trzustkowe, które przyjmuje / lek poszpitalny

5 lutego (środa)
8:00 melduję się w laboratorium, celem wykonania zalecanych badań z wypisu szpitalnego. Tego samego dnia, wieczorem pobieram wyniki badań i jest znacząca poprawa. Czyli zamknięcie drenu przetestowało mój organizm jak sobie radzi i wynik dla mnie jest jednoznaczny – w piątek pozbywam się „gumowego węża” ze swojego ciała.

6 lutego (czwartek)
Kontynuując moje naturalne terapie i działania umówiłem się na 17:00 na zabieg z misami tybetańskimi u mojego sąsiada Jacka – osoby wielobarwnej z wielkim doświadczeniem. Wsłuchiwanie się w zanikający dźwięk mis leżących odpowiednio na ciele przyniósł mi harmonię, wyciszenie i relaks, którego bardzo potrzebowałem. Niestety wibracje mis ustawionych odpowiednio na brzuchu i plecach napotkały na blokadę – czyli brak moich dwóch organów, przez co dźwięk (fale) spowodowały delikatny ból, który po jakimś czasie minął. Cudowne uczucie, poczuć się lekko. Po zabiegu piliśmy pyszną ziołową herbatę z miodem, a ja czułem, ze się rozpływam.

w rękach trzymam misę o pięknym brzmieniu / na drugim planie magiczny Jacek / Rodo – pies Jacka i kolega Winyla

7 lutego (piątek)
Punktualnie wg ustaleń z niezastąpionym dr Marcinem Zawadzkim, stawiam się na godzinę 10:00 na IV piętrze pod gabinetem zabiegowym, a dokładnie w kolejce do niego. Szybka reakcja – idę do gabinetu lekarza, aby się dowiedzieć czy wchodzę bez kolejki czy mam czekać. Szybka reakcja lekarza: Panie Grzegorzu, proszę przyjść na 12-tą i wówczas załatwimy temat od ręki. Super – w międzyczasie załatwiłem pozostałe sprawy, korzystając, że jestem we Wrocku.
Wybiła 12:00 i pojawiam się na IV piętrze po raz kolejny tego dnia. Miałem ze sobą kalendarze Wrocławskie ZOO na 2020 rok, którymi chciałem podziękować pielęgniarkom za opiekę i cierpliwość podczas moich ostatnich pobytów. Wszystkie egz. kalendarza przekazałem Pani Monice – mojej ulubionej pielęgniarce, która w mgnieniu oka rozdała je swoim koleżankom, mówiąc: To jest prezent od naszego pacjenta Pana Grzegorza.
A po chwili dr Marcin Zawadzki wezwał mnie do gabinetu zabiegowego. Pokazałem wyniki z 5 lutego i po chwili usłyszałem z ust lekarza: Nie ma wątpliwości – wyciągamy dren. A poza tym bardzo dobrze Pan wygląda. Ułożyłem się grzecznie na lewym boku i po kilku minutach było po sprawie. Poczułem ogromną ulgę. W sumie nosiłem dren przez 64 dni. Została mi wizyta u onkologa i rozpoczęcie końcowego leczenia.

Cześć drenu, który miałem wewnątrz / widoczne dziurki służyły do wyciągania żółci

8 luty (sobota)
Pierwsza w pełni komfortowo przespana noc bez drenu i jego wbijającego się w żebra kraniku. Mogłem leżeć na brzuchu i na prawym boku. Szybki poranny prysznic na orzeźwienie, zmiana opatrunku i obserwacja gojącej się bardzo ładnie blizny po operacji.

widok z dnia 26.09.2019 / 135 dni póżniej

10 lutego (poniedziałek)
O godzinie 10:00 miałem już zaplanowaną wizytę kontrolną u dietetyka (dr Dawidiuk). Pani doktor przywitała mnie słowami: Dobrze Pan wygląda. Potem analiza wyników badań wykonanych w szpitalu i …. Okazała się, że bakterie, które są w kale, przedostały się u mnie do układu dróg żółciowych i prawdopodobnie stąd miałem tak wzdęty brzuch. Zalecenie: czopki homeopatyczne POSTERISAN. Ustaliliśmy też, że powinienem już zacząć przyjmować wlewki z witaminy C. Mając sprawdzony kontakt od znajomej, która w 2018 sama zmagała się z poważnym stanem nowotworowym, postanowiłem skontaktować  się z Centrum Medycyny Przeciwstarzeniowej i Dietetyki Klinicznej – REVITA.
Po wizycie szybciutko w auto i do szpitala na ul. Borowską złapać dr. Freier. Niestety oddział przez tydzień w remoncie, ale udało mi się zarejestrować na 19 lutego do innej lekarki.

12 luty (środa)
Przyjmuje regularnie kroplówki regeneracyjne w Kliniice REVITA http://revitabielany.pl/kroplowki/ . Niektóre z nich składają się z 20 składników. Dodatkowo przyjmuje suplementy wzmacniające mój organizm. Moje samopoczucie i forma zdrowotna zdecydowanie zyskała. Mam dużą witalność, apetyt i poprawiły mi się wyniki.

Kontynuuje raz w tygodniu zabiegi z misami tybetańskimi. Podczas poprzedniej sesji, pracowaliśmy również z czakrami, a w szczególności czakrą SOLAR PLEXUS, odpowiedzialną min.; za cukrzycę i trzustkę. Przyznam, że misa, która leżała na brzuchu i jej dźwięk wywołał delikatny ból w okolicy trzustki – odezwało się moje ciało eteryczne. Po skończonej sesji ból ustąpił. A ja w ramach wewnętrznej terapii, pokolorowałem mandalę przedstawiającą czakrę SOLAR PLEXUS.

18 luty (wtorek)
Miałem kolejne spotkanie z psychologiem – tutaj chciałbym bardzo podziękować Panu Pawłowi za jego pracę, zaangażowanie się w mój proces leczenia i jego cenne wskazówki, dzięki którym nie popadłem w przygnębienie i rozżalenie. Wielkie dzięki Panie Pawle.
A dodatkiem do spotkania była MODLITWA O POGODĘ DUCHA.

19 luty (środa)
Wizyta u onkologa. Godzina 14:30 melduje się pod gabinetem lekarza, który odwiedził mnie podczas mojego styczniowego pobytu w szpitalu. Lekarka pojawia się 20 minut po czasie i zaczynamy wizytę. Przegląd dokumentacji, ostatni wypis ze szpitala, operacja etc. Nie zostałem zakwalifikowany na początku grudnia 2019 na leczenie onkologiczne ponieważ nabawiłem się żółtaczki. Stąd przesunięcie w czasie odnośnie podania chemii. Lekarz bardzo oszczędny w słowach i zachowaniu. Zapytałem o statystyki leczenia chemią w odniesieniu do nowotworu trzustki. Lekarka zdziwiona pytaniem, postanowiła poszukać informacji w necie. Okazało się, że zaliczam się do grona 4% pacjentów, którzy poddawani są operacji. Nowotwór trzustki jest jednym z najtrudniejszych przypadków i niewielu lekarzy się podejmuje ryzyka operacji. Ja mogę to potwierdzić, bo w zasadzie gdyby nie prof. Durlik być może nie znalazłbym lekarza i szpitalu, w którym dokonano by operacji. Udało się, żyję i walczę dalej. Lekarka znalazła następujące statystyki:
– bez podania chemii – ok 12 miesięcy życia
– przy podaniu chemii – ok. 54 miesięcy życia.
Dostałem skierowanie do szpitala na 27 lutego na godzinę 7:00

27 luty (czwartek)
Szpital – Klinika Onkologiczna Dzienna szpitala na ul. Borowskiej. Melduje się o 6:58 pod sekretariatem oddziału. Jestem w kolejce 9-ty. Czekający w różnym wieku, ale wygląda na to, że to ja jestem najmłodszy. Przyszła moja kolej. Skierowanie, zgody na leczenie do podpisania i …odmawiam ich podpisania. Powód podstawowy to nikt nie przedstawił mi opcji leczenia i tego co mnie może spotkać w trakcie i po przyjęciu chemii. Panie w sekretariacie się wzburzyły i pojawiła się opcja, że jeśli nie podpiszę to one nie mogą mnie przyjąć na oddział. Zareagowałem dość szybki mówiąc, że skoro mam na dzisiaj zaplanowaną po badaniach wizytę u lekarza, to z nim wszystko wyjaśnię i w jego obecności podpiszę co potrzeba aby rozpocząć leczenie. Po kwadransie siedziałem już w laboratorium i miałem pobierana krew na badania, w tym marker CA 19.9 plus mierzenie wzrostu i wagi. Dosłownie kilka minut później dołączyłem do tej samej grupy oczekujących, ale tym razem pod gabinetem lekarza.  Okazało się, że lekarz jest na obchodzie, tak więc korzystając z okazji poszedłem zrobić jeszcze EKG, tak aby lekarz miał komplet wyników na wizycie. Gdy przyszła moja kolej, wszedłem do lekarza i co …. okazało się, że mój 2-dniowy pobyt w szpitalu to nie tylko badania, ale przede wszystkim podanie chemii zarówno dzisiaj jak i jutro – czyli startujemy. Zaskoczyło mnie to. Gdzieś w głowie miałem ostatnią wizytę u dr. Agnieszki Arendarczyk, która zasugerowała, aby chemię rozpocząć nie wcześniej niż 10 dni od podania ostatniej kroplówki. Powiedziałem o tym lekarce, pokazując jednocześnie zawartość przyjmowanych kroplówek regeneracyjnych. Lekarka zrobiła wielkie oczy widząc cenę tej usługi, a następnie skwitowało to mówiąc – to tylko zbiór witamin, który nie ma związku z rozpoczęciem leczenia chemią. Poprosiłem lekarza o krótką przerwę, abym mógł się zastanowić czy jestem gotowy już dzisiaj rozpocząć leczenie. Postanowiłem zadzwonić do dr. Agnieszki Arendarczyk. Decyzja – proszę przyjąć chemię, a my będziemy wzmacniać Pana przed podawaniem i po podaniu chemii kroplówkami z witaminy C – tak aby wzmocnić organizm i zminimalizować ew. objawy chemii. Kolejny telefon do żony. Poczułem, że nie mam wyjścia. Poza tym na wypisie hist.-pat. było wyraźnie napisane, że istnieją małe ogniska zapalne. Wchodzę do gabinetu ponownie i po zamknięciu drzwi oznajmiam, że decyduje się na leczenie. Tym razem rozmowa staje się miła, rzeczowa. Zdałem sobie już definitywnie sprawę, że żarty się skończyły. A termin rozpoczęcia chemii 6 miesięcy od operacji bardzo się skurczył, a do tego mój wynik marker CA 19.9 – 156,94 U/ml jest znacznie podwyższony (norma 0-37 U/ml)  i czeka mnie badanie tomografem, celem sprawdzenia jak wygląda sytuacja na dzisiaj i czy nie ma innych zmian. Posmutniałem, ale cóż, to już i tak się dzieje, więc po badaniu – termin 6.03 mam czekać na opis radiologa i kolejne przyjęcie do szpitala. Kto wie, czy nie wypadnie 12 marca w dniu moich 51 urodzin? Chciałem 10 dni przerwy i tak się też stało!. Wracam do domu. Głowę mam jak balon, wypełniony zamiast powietrzem, myślami co dalej…?

Sala odlotów – czyli miejsce podawania pacjentom chemii

29 luty (sobota)
Wczoraj wieczorem postanowiłem, a dzisiaj realizuje plan wejścia z Winylem na Radunię. Taka psycho-fizyczna terapia po czwartkowej wizycie w szpitalu. To pierwsza nasza taka  wyprawa od ponad roku, pierwsza odkąd mieszkamy w Suli i pierwsza podczas mojej choroby. Jeszcze kilka tygodni temu na stosunkowo krótkich spacerach z Mają i psami potrzebowałem zrobić przerwę – usiąść na chwilę, aby odpoczęły mi nogi i złapać oddech. Ale dzięki kroplówkom, zabiegom z misami, dietą, zwiększającą się wagą ciała (60,2 kg) czułem, że dam radę. Tak też się stało. Wyprawa w całości zajęła nam 3,5 godziny z przerwą na małe śniadanie na Raduni. Po drodze minęliśmy: rodzinę z dzieckiem, parę młodych ludzi w pelerynach, 3 rowerzystów i 1 biegacza. Poczułem wielką radość, spełnienie, ulgę oraz przyjemność wyprawy ze swoim psem Winylem, który od dawna nie miał takiego długiego spaceru. Ze spaceru zabraliśmy pamiątkową małą szyszkę, która zapoczątkuje spacerową kolekcję. Wróciliśmy do domu i jak by tego było mało – roznosiła mnie energia – zabrałem się za porządki w drewutni. Poukładałem w końcu drzewo wg wielkości i jego przeznaczenia do spalania. Zrobiła się dobra przestrzeń, a ja poczułem się spełniony. Wieczorne palenie w kominku było już czystą przyjemnością.

RADOŚĆ – My na szczycie / przerwa na wzmocnienie się przed zejściem

8 marca (niedziela)
166 dni minęło od operacji – a za kilkanaście tygodni minie rok jak zdiagnozowano chorobę. Od ostatniego wpisu pojawiło się kilka wydarzeń, ale przede wszystkim uświadomiłem sobie, że nie podziękowałem dotychczas tak oficjalnie swojej żonie, za jej opiekę nade mną. Czynię to w Dniu Kobiet. Bez niej i jej pomocy, cierpliwości, wytrwałości i motywowaniu mnie – nie dałbym rady!
Za jej nieprzespane noce, jeżdżenie po szpitalach,  opiekę w domu, podawanie zastrzyków – dziękuję – choć słowa nie są w stanie oddać tego jak bardzo jestem jej wdzięczny. To jest prawdziwa MIŁOŚĆ!!!.

9 marca (poniedziałek)
Jakiś czas temu pożyczyłem od sąsiadów z Sulistrowic (Ewy i Marka) ciekawą lekturę: MITOCHONDRIA autorstwa dr Bodo Kuklińskiego, w którą się zagłębiam.
Nasz organizm nie choruje z powodu braku leków. Autorem tych słów jest najwybitniejszy specjalista medycyny mitochondrialnej i lekarz – dr Bodo Kuklinski. Jego słowa obrazują w jaki sposób podchodzi do kanonów współczesnego leczenia. B. Kuklinski za pomocą medycyny mitochondrialnej przeprowadza rewolucję w konwencjonalnym leczeniu, zwracając uwagę, które z błędnych założeń należy wyeliminować i jak dzięki temu można poprawić skuteczność w profilaktyce i terapii wielu chorób. Mitochondria są skomplikowanymi tworami komórkowymi (organellami). Mają kształt mikroskopowej fasolki i można je znaleźć w niemal każdej komórce naszego ciała. 
Z greckiego mitos oznacza „nić”, a chondrion – „grudka”. Są odpowiedzialne za tworzenie energii na drodze oddychania komórkowego, które jest bardzo złożonym procesem utleniania związków organicznych. Oddychanie przebiega w każdej żywej komórce. Istnieją różnice w procesie oddychania u poszczególnych grup organizmów, ale zestaw enzymów, które biorą w nim udział, jest niemal uniwersalny dla całego świata żywego! Tylko wirusy (białkowe struktury na pograniczu życia i materii nieożywionej) nie prowadzą procesu oddychania. Oddychanie jest chemicznie podobne do spalania, gdyż oba są procesami tlenowymi: substraty i produkty są takie same i w obu przypadkach wydzielana jest energia. Oddychaniu nie towarzyszy tylko efekt świetlny wymagany w definicji spalania jako reakcji chemicznej.

Dzisiaj też mi minął okres 182 dni bycia na zwolnieniu lekarskim (L4). Co w praktyce oznacza koniec wypłacania świadczeń ze składek ZUS i przystąpienie do świadczeń rehabilitacyjnych oraz oczekiwanie na wezwanie komisji lekarskiej odnośnie ew. renty zdrowotnej. Termin takiej wizyty mam ustalony na 18 marca 2020 roku na godzinę 10:00. Mimo, że przysługuje mi, ze względu na stan zdrowia zwolnienie lekarskie, nie ma ono już żadnego znaczenia dla ZUS!!!

16 marca (poniedziałek)
Telefon ze szpitala z ul. Borowskiej: Dzień dobry Panie Grzegorzu, mamy już opis radiologa z badania tomografu z 6 marca z godziny 16:20 i w związku z tym proszę się jutro stawić w szpitalu na wydziale onkologii o godz. 7:00. Dr Pająk zna już opis i wszystko jutro Panu przekaże. A  czy nie ma Pan gorączki i ew. osłabienia organizmu? Odpowiadam, że nie. W takim razie do zobaczenia jutro.
Nie ukrywam, że z niecierpliwością czekam na ten wynik.
Dzisiaj też zadzwoniła Pani z ZUS – WYDZIAŁ ORZECZNICTWA LEKARSKIEGO I PREWENCJI, że zaplanowana wizyta na 18 marca 2020 roku, ze względu na koronawirusa zostaje przesunięta w bliżej nie określonym czasie. Oznacza to dla mnie, że do czasu kiedy nie stawię się na kontroli lekarskiej w ZUS i mimo, że jestem nadal chory i nie pracuje muszę opłacać w pełnej kwocie stawki ZUS!!!

17 marca (wtorek)
Wiedząc, że czeka mnie 2 dniowy pobyt, zapakowałem samochód przy Parku Skowronim, położonym w południowej części miasta, a który znajduje się po drugiej stronie szpitala. Wszedłem z boku budynku od strony SOR. Idąc do Kliniki Onkologii mijałem wyłączone z użytkowania automaty z kawą i słodyczami. O 6:50 byłem już na I piętrze onkologii i ustawiłem się w kolejce do sekretariatu. Wszyscy pacjenci, którzy byli już przede mną zachowali, ze względu koronowirusa, nakazaną odległość miedzy sobą i siedzieli co 3 krzesełko.
Byłem 6 w kolejce. Po chwili wyszła pielęgniarka rozdając formularze do wypełnienia, gdzie wszystkie pytania związane były z panującym wirusem oraz mierzyła gorączkę. Mój wynik to 36,1 stopni C. Formularz, formularzem, ale skąd wziąć długopis i czy ten, który podaje pielęgniarka nie jest zakażony? Ja wypełniłem długopisem, który zawsze mi towarzyszy. Tak więc rachu-ciachu i wchodzę do sekretariatu. Bezpieczna odległość, 2 podpisy na dokumentach lekarskich i wskazówka aby się udać do pokoju zabiegowego. Pobranie krwi na badania i pod gabinet lekarza. Pierwsze moje wejście miało miejsce ok. 11:30. Panie Grzegorzu niestety ma Pan znacznie podwyższone parametry wątrobowe: ALAT 347 U/l (norma 0-45 U/l), ASPAT 168 U/l (norma 0-35 U/l), FOSFATAZA ALKAICZNA 773 U/l (norma 30-120 U/l).Dodatkowo ma Pan znacznie podwyższony marker nowotworowy CA-19,9 DO 422 U/ml. Tak wysokich parametrów podczas swojej choroby nigdy nie miałem, poza FOSFATAZĄ z dnia 7 listopada 2019, która wówczas wynosiła 986 U/l. Natomiast badanie tomografu potwierdza raka trzustki z widocznymi w loży po usuniętej śledzionie ogniskami 15 mm oraz poszerzenie dróg żółciowych. To wszystko oznacza, że nie możemy Panu podać chemii, bo Pańska wątroba tego nie wytrzyma. Skonsultuje stan Pana zdrowia z dr Freier.
Zdałem sobie sprawę jak silne musi być to cholerstwo, które potocznie nazywa się chemia!!!
Proszę wrócić do gabinetu zabiegowego celem pobrania kolejnej próby krwi pod kątem zakażenia żółtaczki. A następnie zaczekać pod gabinetem. Jak tylko będą wyniki badania w systemie wezwę Pana do siebie.
Zszedłem do sklepiku bo kanapkę z jajkiem i mimo zakazu zamówiłem małą kawę. Wróciłem pod gabinet – na całym korytarzu było już pusto – jedynie co jakiś czas wychodził pacjent  z „sali odlotów” po chemii. A zapomniałem dodać, tym razem średnia wieku przyjętych pacjentów to 60+.
13:30 otwierają się drzwi gabinetu dr Pająk: Zapraszam, mam wyniki. Na szczęście nie ma Pan zakażenia, nie mniej musimy wzmocnić wątrobę lekami i widzimy się za tydzień tj. 24 marca.

nieczynne automaty / korono-rękawiczka / zestaw leków*

*)
ENCORTON – Lek hormonalny do stosowania ogólnego zawierający glikokortykosteroid. Substancją czynną preparatu jest prednizon, syntetyczny glikokortykosteroid, związek nieaktywny farmakologicznie, metabolizowany w wątrobie do aktywnego metabolitu – prednizolonu. Gama zastosowania tego leku jest bardzo szeroka.
Zalecone dawkowanie: 2 x 1 tabletce, 2 tabletka podana maksymalnie do godziny 16 tej, ze względu na zaburzenia snu.
BIOPRAZOL – Lek hamujący wydzielanie kwasu solnego w soku żołądkowym, zawierający inhibitor pompy protonowej. Substancją czynną preparatu jest omeprazol, lek z grupy inhibitorów pompy protonowej (ta grupa leków oznaczana jest niekiedy skrótem IPP). Substancja ta blokuje enzym – pompę protonową (ATP-azę K+/H+) w komórkach okładzinowych błony śluzowej żołądka, przez co hamuje wydzielanie kwasu solnego przez te komórki. W ten sposób zmniejsza się kwasowość (zwiększa się pH) soku żołądkowego. 
Zalecone dawkowanie: 1 x 1.
HEPA-MERZ 3000 – Preparat wzmagający usuwanie amoniaku z organizmu. Substancją czynną preparatu jest asparaginian ornityny. Po wchłonięciu asparaginian ornityny ulega natychmiastowemu rozpadowi na ornitynę i asparaginian. Kwas asparaginowy (asparaginian) oraz ornityna to aminokwasy, biorące udział w przemianach azotowych organizmu. Preparat przyspiesza wątrobowe i mózgowe procesy odtruwania, wpływając na zmniejszenie stężenia amoniaku we krwi, wzmagając jego usuwanie.
Zalecone dawkowanie: 2×1 dzienie, rano i wieczorem.
NEOPARIN – Zapobiega żylnej chorobie zakrzepowo-zatorowej (ŻChZZ).
Zalecone dawkowanie: 1 zastrzyk wieczorem. To już 3 dawka tego leku.
Koszt wszystkich leków: 165 zł.

Jak wiadomo wątroba najbardziej aktywnie pracuje między 22:00 – 02:00. Rozpocząłem wzmacnianie jej miksturą oczyszczającą z soku z grajfruta z 2 łyżkami oleju z ostropestu. Po wypiciu soku dodatkowo okładam wątrobę termoforem na ok 2 godziny. Zabieg taki przynosi ulgę i dobre samopoczucie. Polecam.

18 marca (środa)
Poprosiłem swojego sąsiada Marka, który prowadzi sklep zielarski KOCANKA we Wrocławiu https://pl-pl.facebook.com/kocankacom o wsparcie mojej wątroby. Zalecił mi chiński HUGANPIAN – skuteczny  preparat, posiadający właściwości oczyszczające, odtruwające, przeciwbakteryjne, przeciwwirusowe i przeciwgrzybiczne. Działa ściągająco, żółcio i moczopędnie,  łagodnie przeczyszczająco, poprawia trawienie, likwiduje stany zapalne woreczka i wątroby, wydala robaki jelitowe. (3 x 4 tabletki przed jedzeniem). Dodatkowo zamówiłem witaminę C oraz krople z ostropestu plamistego, która mi się skończyły. Był tak uprzejmy, że dostarczył mi zamówienie do domu. Koszt wszystkich leków: 100 zł.

19 marca (czwartek)
Zacząłem pisać TESTAMENT.

20 marca (piątek)
Odkąd biorę ENCORTON mam znacznie podwyższone poziomy cukry, nawet do 400! Oczywiście reguluje je ilością wstrzykiwanej insuliny, nie mniej są to wysokie skoki jak na tę chorobę. Dodatkowo  lek ten wzmaga bardzo apetyt i dodaje sił. Wpływa również na krótszy czas snu. Organizm jest pobudzony do działania. W piątek i w sobotę (20-21.03) spędziłem po 9 godzin na ciężkiej fizycznej pracy (układałem podjazd przy ogrodzeniu – kopanie ziemi ze żwirem, przenoszenie ciężkich płyt i ich układanie). Nie odczuwałem zmęczenia ani bólu – jakbym miał 25 lat.

23 marca (poniedziałek) – 182 dzień mojego 2-giego życia / mam 51 lat i 11 dni
Godzina 0:15 – nie ma prądu w całej wsi już od godziny. Awaryjne wyłączenie ma potrwać do 02:30 – taką informację umieścił na swojej stronie Tauron. Tak więc siedzę dalej przy kominku, trzymając w lewej ręce latarkę skierowaną światłem na swój notes i zapisuje treść testamentu – podsumowanie dotychczasowego BYŁO-JEST-BĘDZIE.
Na szczęście już wiele lat temu, na drodze swoich poszukiwań duchowych, zrozumiałem i pogodziłem się ze śmiercią – stanem przejścia z jednego życia w drugie – inne, dla wielu związanych z matką ziemią śmiertelników – niewyobrażalne.
Co ja takiego zgromadziłem przez swoje dotychczasowe życie i co powinienem z tym zrobić? Jedna z pierwszych myśli było napisanie pożegnania, połączonego z podziękowaniami, które chciałbym aby na uroczystości pogrzebowej odczytał mój przyjaciel z Tych – Marcin Sitko.
Trzy tygodnie temu założyłem skoroszyt i nazwałem go MOJE PROJEKTY I POMYSŁY NA PRZYSZŁOŚĆ. Zawiera on 18 przekładek. Mimo, że jestem optymistą pewnie już nic się w nim nie pojawi, ponieważ zrealizowanie tej liczby zadań to zajęcie jak oceniam na najbliższy 7-10 lat. Wszystkie one są dla mnie ważne, określają moje zainteresowania, hobby, chęć dokonania czegoś nowego. Ale jedna z nich jest mi szczególnie bliska, a mianowicie książką MIŁOŚĆ OD PIERWSZPSIEGO SPOJRZENIA. Łączy ona w sobie dziennik mojego psa Winyla, spisywany od dnia kiedy pojawił się w moim życia czyli od 15 maja 2012 roku, kronikę różnych wydarzeń oraz powieść miłosną, której fabułą jest nasz związek z Mają. Choć to karkołomne wyzwanie postanowiłem  pracować nad nią codziennie po 15-30 minut, aby była gotowa przed świętami w grudniu.

kilkumiesięczny Winyl / świętujemy pierwsze urodziny Winyla / Ja z Mają nad Odrą

Dzisiaj też zmieniłem wstrzykiwaną w moje ciało dzienną insulinę. Pożegnałem się z NOVORAPID-em na rzecz  LIPROLOG-u. A moja cukrzyca świętuje właśnie 18-tkę.

24 marca (wtorek)
Tradycyjnie już melduję się przed godziną 7-mą na wydziale Onkologii dziennej. Formularz, pomiar temperatury, badania, wizyta u lekarza i … Panie Grzegorzu, wyniki, dzięki przyjmowanym lekom znacznie się poprawiły. Zamiast opcji 2-dniowej hospitalizacji pod podanie chemii , tj. kilkugodzinne wlewy, zostaje zastosowana mniej inwazyjna opcja – 2 x 30 minut i do domu. Odczułem ulgę. Zaraz przygotuje zlecenie dla pielęgniarek i widzimy się za tydzień. To pierwszy etap trwający 3 tygodnie. 7 kwietna zrobimy kontrolne badania i podejmiemy decyzję co dalej.

szpitalna karta koronowirusowa / pompowanie chemii / mój osobisty lekarz

25 marca (środa)
1 dzień po chemii. Ogólnie mam zawirowanie w głowie. To zapewne mój mózg daje znać, że w krwioobiegu coś pływa obcego. Dodatkowo  mam lekko wzdęty brzuch – podobnie jak po zjedzeniu mięsa z ziemniakami albo za dużej porcji fasolki po bretońsku.

27 marca (piątek)
Zadanie na dzisiaj to wycięcie suchego, iglastego drzewka w ogrodzie. Po śniadaniu przygotowałem narzędzia i zabrałem się za wycinkę. Słonko przyjemnie świeciło, a sama praca przebiegała bez problemów. Na koniec pociąłem pień i gałązki na mniejsze kawałki. Zgrabiłem wszelkie pozostałości z trawy i zakończyłem swoje zadanie. Zajęło mi to z przerwami na posiłki kilka godzin. Przyszedł wieczór i pora kolacji i… niespodziewany, ogromny ból w podbrzuszu. Nie jestem w stanie usiedzieć, pozycja stojąca naciąga mi brzuch. Biorę METAFEN i czym prędzej kładę się w pozycji embrionalnej. Jest ulga, ale na krótko. Miotam się po całym łóżku i wyje z bólu. Kilkakrotnie wymiotuję. Maja dzwoni na pogotowie. Pani z dyżurki, w związku z obecną sytuacją pandemii, sugeruje jeśli są silniejsze leki w domu aby ich użyć i gdyby nie przyniósł poprawy proszę zadzwonić za godzinę. Naklejam opioidowy plaster  MATRIFEN – to najsilniejszy przeciwbólowy preparat, który mam w domu. Wykręca mnie  z bólu jak nigdy dotąd. Telefon na pogotowie, wywiad co i jak z koronowirusem i za 40 minut melduje się dwóch sympatycznych Panów z pogotowia. Szybki wywiad, podanie leków rozkurczowych i pomalutku ból łagodnieje. Kolejny dzień – 28 marca (sobota) – przespałem do momentu, kiedy wrócił ból – na szczęście nie tak silny jak wczoraj. Ma kolejne wymioty. Czuje się już słaby, ulgę przynosi mi wyłącznie pozycja leżąca.

29 marca (niedziela)
Ból się nasila, jedziemy swoim samochodem do szpitala na ul. Borowska na SOR. Nie ma nikogo. Wypełniam formularze i za chwile przyjmuje mnie już lekarz. Zagląda w historię mojej choroby i kieruje mnie już na izbę przyjęć. Dostaje kroplówkę i lek przeciwbólowy – zasypiam. Maja wraca do domu. Po 2 godzinach badanie EKG, tomograf i RTG brzucha. Za kolejne 2 godziny pojawia się lekarz z Kliniki chirurgii wewnętrznej i onkologii z wynikami badań i decyduje przyjąć mnie na oddział, mówiąc: Czeka Pana zabieg, ale o tym na spokojnie porozmawiamy jutro na oddziale. Trafiam na szpitalne łóżko i odpływam.

30 marca (poniedziałek)
Poranny obchód, a wśród lekarzy jest dr Marcin i prof. Kielan. Prawdopodobnie jest niedrożność przewodu pokarmowego i jutro wykonamy zabieg laparotomii aby zobaczyć co tam się dzieje.
LAPAROTOMIA (z greki he lapara – brzuch; he tome – cięcie) – termin medyczny określający operacyjne otwarcie jamy brzusznej, polegające na przecięciu skóry, mięśni i otrzewnej umożliwiające eksplorację wnętrza jamy brzusznej.
Dodam, że od piątku wieczora jestem na głodówce, ale szczerze mówiąc przy tak falującym bólu w ogóle nie myślę o jedzeniu.

31 marca (wtorek)
Poranny obchód przynosi informację, że popołudniu będę miał zabieg. Cale przedpołudnie przesypiam, dostaje w międzyczasie kroplówki i leki. Przychodzi pielęgniarka na golenie brzucha i przy okazji pobiera krew, a zaraz po niej lekarz z sondą do z ciągania żółci z przewodu pokarmowego, którą mi wsuwa przez prawą dziurkę od nosa. Dostaje formularz od anestezjologa i za godzinkę jedziemy na blok operacyjny. Sympatyczna ekipa anestezjologów na czele z uśmiechniętą i bardzo miłą Panią lekarz. Raz, dwa i już miałem maseczkę do oddychania… Ok. 18-tej przebudziłem się i widząc nad sobą sanitariusza wiem, że będziemy jechali z powrotem na oddział. Po kilku minutach leżałem już na swoim szpitalnym łóżku. Szybciutko pojawiły się pielęgniarki z pytaniami: Jak Pan się czuję? Odpowiadam, że dobrze i zasypiam. W nocy budzę się i odczuwam dyskomfort przez cewnik i sondę, która nadal tkwi w moim nosie. Kolejny lek przeciwbólowy i już zaczyna świtać.

1 kwietnia (środa)
Nad ranem, gdy ledwo zaczęło świtać i pierwsze promienie słońca pokryły narożnik szpitala, widoczny przez okno, przy którym leżałem,  moim oczom pokazał się holograficzny widok. Otóż nad dachami szpitala ujrzałem ogromną, zwieszoną,  szklaną pokrywę a pod nią miasto – wypełnione domami, zielonymi drzewami i własnym oświetleniem. Od razu wziąłem swój notatnik i szybko to naszkicowałem.
Poranny obchód – ale nie ma dzisiaj miejsca na żarty prima aprilis. Jak Pan się czuje, Panie Grzegorzu? Odpowiadam, że dobrze, że mnie nie boli poza odczuwaniem przecięcia skóry na brzuchu. Miał Pan skręt kręzki jelita cienkiego wtórnego. Uwolniono zrosty oraz odprowadzono skręt kręzki, przy czym nie stwierdziliśmy cech martwicy w obrębie przewodu pokarmowego.
Cokolwiek to znaczy, ważne, że odczuwam ulgę. A nowa blizna nadała mi krzyżowe znaczenie, choć bliższe mi jest określenie latającej ku górze jaskółki.

wizja o świcie / moja jaskółka

2-5 kwietnia (czwartek-niedziela)
Kolejne dni upłynęły pod znakiem stabilizacji organizmu, przyjmowania szpitalnych delikatesów, w tym dwukrotnie otrzymałem ogromy 1,5 l worek o białej gęstej konsystencji oraz zgłębiania wiedzy. Tym razem w zakresie postu, głodówki i breatharianizmu.
BREATHARIANIZM – stan, w którym możliwe jest zachowanie życia i zdrowia przez człowieka, mimo zaprzestania przyjmowania pożywienia, a czasami także ograniczenia spożywania wody. Bretarianie energię do życia czerpią ze słońca, będąc namacalnym dowodem na to, że można przez wiele lat nie przyjmować jedzenia w jego materialnej formie.
Podczas szpitalnego pobytu uświadomiłem sobie jak bezcennym urządzeniem jest telefon komórkowy; przede wszystkim internet a za nim muzyka, filmy, e-booki, podcasty, szkolenia etc. Idealnie wypełnia monotonię. W związku z zakazem odwiedzin w szpitalu, wszelkie dobra, które przyniosą znajomi czy rodzina trzeba zostawiać na portierni, a następnie roznoszą je po szpitalnych salach wolontariusze.

dochodzę do siebie / dożylny posiłek / magiczny świat szpitalnej zupy
przesyłka (woda, bielizna na zmianę, bob-ovity) / mój szpitalny minibarek / zaraz wychodzę

6 kwietnia (poniedziałek)
Wychodzę ze szpitala i o godzinie 13-tej byłem już u siebie na wsi.

8 kwietnia (środa)
Czuję się dobrze, wraca apetyt, pierwszy spacer i wygrzewanie się na słońcu.

11 kwietnia (sobota)
Chciałbym podzielić się swoimi doświadczeniem przy chorej wątrobie. Otóż, gdy jest ona w gorszej formie, bardzo wzmaga się apetyt i należy zachować ostrożność w nadmiernym jedzeniu. Zaleca się 5-6 posiłków w ciągu dnia w niedużych dawkach. Cóż łatwo powiedzieć … Niestety mam takie dni, kiedy kolację zaczynam ok 19:30 a kończę przed 22:00, ciągle podjadając a moje ssanie nie ma końca.
Jestem przekonany, ze zdrowy człowiek, nie byłby w stanie tyle zjeść.  Dziwne uczucie nad którym trudno jest mi zapanować, szczególnie gdy mam nieodparte pragnienie powrotu do swojej wagi – czyli 70 kg. Obecnie ważę 62,8 kg. Od zawsze miałem wielkiego smaka do jedzenia – to jedna z tych spraw, z którymi moi rodzice nie mieli ze mną problemów – jadłem więcej niż rówieśnicy a dzięki dobrej przemianie materii nie miałem problemów z otyłością czy chociażby oponkami wokół podbrzusza. Szkołę podstawową przepłynąłem trenując pływanie, szkołę średnią i kolejne lata to rower szosowy (zawsze bliskie mi były okolice Masywu Ślęży) i siłownia, a potem joga i gimnastyka ciała. A od kilku lat wspólne podróże rowerowe z żoną.

15 kwietnia (środa)
Byłem już w drodze do szpitala na z ciągnięcie szwów, kiedy otrzymałem sms-a: Panie Grzegorzu, proszę dzisiaj nie przyjeżdżać, bo mamy podejrzenie wirusa. Skontaktujemy się, jak sprawa się wyjaśni. Tak więc czekam.

16 kwietnia (czwartek)
Aby działo się lepiej postanowiłem zawiesić flagi tybetańskie z mantrami. Tradycja rozwieszana kolorowych flag zrodziła się 10 tys. lat temu, Kapłani Bon wykorzystywali je do uzdrawiania chorych, a kolorowe skrawki materiału miały pomagać w harmonizowaniu ciała, ducha i umysłu. Tybetańczycy uważają, że wiatr rozprzestrzenia mantry znajdujące się na flagach i w ten sposób oczyszcza przestrzeń, na której flagi zostały rozwieszone. Wiejące flagi sprawiają, że wokół wzrośnie pokój, siła, mądrość i powodzenie a zniknie zagrożenie. Flagi zgodnie ze wskazówkami rozwiesiłem w piękny słoneczny dzień. Każdy kolor flagi ma przypisany żywioł:
żółty – ziemię
zielony – wodę
czerwony – ogień
biały – powietrze
niebieski – przestrzeń.
Działanie flag wzmocniłem dzwoneczkami.

18 kwietnia (sobota)
Zrobiłem podsumowanie świadczeń z tytułu choroby, i tak:
1. 182 dni przebywałem na zwolnieniu L4 (10.09.2019 – 09.03.2020)
To maksymalna ilość dni jaką można być na zwolnieniu lekarskim.
2. 180 dni zasiłku rehabilitacyjnego, który rozpoczął się 10.03.2020 i będzie trwał do 05.09.2020
3. Wypłaty z tytułu polis ubezpieczeniowych, które mam w Towarzystwie Ubezpieczeniowym MetLife.
*)
Poz. 1 działa na zasadzie – nie płacę w pełnej kwocie comiesięcznych składek do ZUS (ok. 1600 zł) a tylko różnicę, która na bieżąco jest rozliczana (ok. 480 – 730 zł). W zamian z ZUS-u otrzymuje świadczenie na poziomie 1600 złotych.
Poz. 2 działa na zasadzie – płacę składkę zdrowotną w wysokości 502,54 złotych, a w zamian otrzymam przez okres pierwszych 3 miesięcy świadczenie w wysokości 90% podstawy wymiaru, a przez kolejne 3 miesiące 75% podstawy wymiaru.
Poz. 3. Mam 2 polisy. Z jednej polisy nie otrzymałem wypłaty a nadpłatę składek do 04.10.2021 roku. Sprytny zabieg, zapewne liczą, że może … nie dożyje. Z drugiej polisy otrzymałem świadczenia w wysokości 4967 złotych, przelane na konto.
Dodam, że mimo faktu posiadania obu polis w tym samym Towarzystwie, musiałem do każdej z nich przygotować pełną dokumentację lekarską i że, proces ten trwał kilkanaście tygodni z kilkoma odwołaniami i wyjaśnieniami. Ciekawostką jest jeszcze jedno świadczenie z tytułu polisy, które zostało mi wstrzymane, a mianowicie nie została mi wypłacona hospitalizacja. Jak twierdzi Towarzystwo należy się ono Ubezpieczonemu, który w dniu rozpoczęcia hospitalizacji nie jest aktywny zawodowo. Co za bzdurny zapis!!! Skoro trafiam do szpitala to nie jestem aktywny zawodowo – chyba, że się mylę.

21 kwietnia (wtorek)
Szybki wyjazd do szpitala na ul. Borowską na godzinę 9:00 na zdjęcie szwów.

22 kwietnia (środa)
Po 16 dniach od wyjścia ze szpitala po zabiegu, mam wyznaczoną wizytę onkologiczną. Tradycyjnie 7:00 rano, pomiar temperatury, formularz o stanie zdrowia, badania. Ku mojemu zaskoczeniu do prowadzącej mnie lekarz nie było dzisiaj nikogo poza mną. Po poprzednim długim czekaniem na wizytę, zaopatrzyłem się w książkę do czytania – po wielu latach wróciłem do Williama Whartona – wybór padła na WERNIKS. Po 30 minutach lekarz zaprasza do środka. Wracamy na krótko do tematu zabiegu, lekarz ogląda brzuch i moją jaskółkę. Wspomina, że rozmawiał z dr Zawadzkim, który robił zabieg, jak wygląda sytuacja wewnątrz mojego brzucha. Okazało się, że jest czysto – czyli zmiany nowotworowe nie są widoczne na pierwszy rzut oka. Ucieszyła mnie ta informacja. Ale … okazało się, że moje wyniki od czasu wyjścia ze szpitala znacznie się pogorszyły. Bilirubina wskoczyła na poziom 4,3 mg/dl i wróciła żółtaczka. Lekarz zalecił na cito USG aby sprawdzić stan wątroby i przewodów żółciowych. Niestety mam zator przewodów i powiększoną wątrobę. Chemia zostaje wstrzymana na 2 tygodnie. W tym czasie wracam do podawania sterydu ENCORTON oraz pozostałych leków: HEPA-MERZ 3000, BIOPRAZOL, NEOPARIN. Do tego kilka zalecanych suplementów diety już jakiś czas temu i zrobiło się 29 tabletek dziennie, podzielonych na 6 porcji.

Moja refleksja po wyjściu ze szpitala.
Załamałem się. Było już tak dobrze po zabiegu, że liczyłem na kontynuację chemii. Pomyślałem – to moja ostatnia próba, dłużej nie dam rady! Kiedy to się skończy. Wróciłem na wieś i resztę dnia spędziłem przesypiając w łóżku. Kolejnego dnia 23 (czwartek) wstałem rano, wziąłem prysznic, zgoliłem swój zarost, który nosiłem nieprzerwanie już kilka lat, wyciszyłem się w modlitwie. Spojrzałem w górę i postanowiłem WALCZYĆ dalej. Taka moja droga.
Piję codziennie swój magiczny sok z buraków, kupuje produkty na targowisku w Sobótce (warzywa, całego kurczaka, indyka) – aby były maksymalnie nie skażone. Pije 2,5 litry wody oraz kilka ciepłych naparów z mniszka pospolitego. Niestety wróciło też swędzenie, które swoje apogeum ma w okresie 22:00-02:00.

24 kwietnia (piątek)
O godzinie 17 tej, po 8 miesiącach wyciągnąłem z garażu rower. Napompowałem koła i wybrałem się do naszej ukochanej, wiejskiej zielarki do świeżą porcję mniszka pospolitego – aby ratować swoją wątrobę i drogi żółciowe. Jak wiadomo rośnie prawie wszędzie, ale na łąkach gdzie wiatr i słońce muskają rośliny jest najlepszy. Teraz pora zbierania od korzenia w górę. Z pełną reklamówka i po wypiciu świeżo zaparzonego mniszka u gospodyni wróciłem do domu.
Niestety przyznam się, ale gdyby nie przerzutki, musiałbym prowadzić rower. Nogi miałem jak z waty a sił ledwo starczyło aby przejechać w jedną stronę, a dokładnie wjechać. Bo z powrotem mam z górki pod sam dom – co za ulga.

25 kwietnia (sobota)
Kilka dni temu otrzymałem wsparcie finansowe, którego pomysłodawcą jest pastor Marcin Orawski – proboszcz z Ewangelickiej Parafii Opatrzności Bożej we Wrocławiu. Zorganizował zbiórkę w parafii. Bardzo się wzruszyłem. Przede wszystkim za chęć i działanie w kierunku mojej osoby. Wielkie dzięki Marcin i WSZYSTKIM ludziom dobrej woli – liczę, że jak się skończy pandemia, będę mógł WAM podziękować osobiście.

27 kwietnia (poniedziałek)
Dzisiaj oceniałem kolor swojej skóry w odniesieniu do żółtaczki. Przede wszystkim gałki oczne – mocno zażółcone (choć zdjęcie nie pokazuje stanu faktycznego), dłonie oraz twarz. Dodatkowo mocz, mimo przyjmowania płynów w ilości ponad 3 l/dobę zdarza się mieć kolor brązowy,niestety o dość nieprzyjemnym zapachu. Od 24 kwietnia popijam mniszka, którego teraz wymiennie spożywam, z mieszanką ziół, którą sam robię.
KARCZOCH ZWYCZAJNY (Cynara scolymus) – wspiera prawidłową pracę układu pokarmowego i funkcjonowanie wątroby. Cynaryna działa rozkurczowo i ochronnie na hepatocyty (komórki wątroby), pobudza produkcję i wydzielanie żółci przez wątrobę i ułatwia jej wypływ przez drogi żółciowe. Zwiększa wytwarzanie soków trawiennych, co korzystnie wpływa na procesy trawienne.
OSTROPEST PLAMISTY (Silybum marianum) – Najistotniejszym działaniem jest jego korzystny wpływ na wątrobę. Wspomaga regenerację komórek oraz zapobiega odkładaniu się w nich kolagenu, tym samym hamując zmiany martwicze. Ponadto, chroni wątrobę przed działaniem czynników toksycznych poprzez uszczelnianie błon komórkowych i hamowaniem wnikania toksyn do środka. Dodatkowo działa delikatnie żółciopędnie. 
KOCANKA PIASKOWA (Helichrysum arenarium) – wskazana do stosowania w przypadku występowania problemów w pracy jelit, pęcherzyka żółciowego oraz dróg żółciowych. Doskonale sprawdza się jako suplement diety poprawiający perystaltykę jelit i wzmacniający oraz regenerujący wątrobę. Ponadto kocanka piaskowa ma unikalne właściwości, które pozwalają na poprawienie procesów trawiennych i lepsze przyswajanie składników spożywanych produktów. W związku z tym może być stosowana przy problemach z zakresu przemiany materii oraz przy występowaniu nieżytów układu pokarmowego. Oprócz tego kocanka piaskowa wspomaga walkę z problemami skórnymi (jak pękające naczynka, krwiaki, siniaki) i ma działanie moczopędne (jest więc stosowana przy schorzeniach układu moczowego).

1 maja (piątek)
3 dni temu odstawiłem zalecone przez onkologa leki. Zacząłem się czuć po nic ociężały, wejście na piętro było wyzwaniem. Nawet swędzenie delikatnie zelżało. Ale niestety radość moja nie trwała długo. Pierwsza gorączka pojawiła się 29 kwietnia ok. 13-tej – 38,7 stopni – przeleżałem, przepiłem dużą ilością wody niegazowanej i po sprawie. Natomiast 30 kwietnia ok. 17-tej złamało mnie całkiem – 40,2 stopnie. Tak wysoką temperaturą najbardziej odczuwa nasz mózg, może dojść do poważnego zaburzenia jego funkcjonowania, co w efekcie może spowodować nieodwracalne zmiany w strukturze białek w komórkach nerwowych. Na szczęście udało się tego uniknąć – mam taką nadzieję. Wziąłem leki na zbicie gorączki i doczytałem instrukcję zaleconego leku ENCORTON – odstawienie leku powoduje silne i wysokie gorączki. Tak więc nie miałem już wyjścia i nie chciałem eksperymentować dalej. O 19-tej miałem już 37,2 stopni. Ale żeby nie było zbyt przyjemnie, to o 20:30 złapały mnie bardzo silne wstrząsy i drgawki. Całe ciało wpada w drgania z zimna. Takie doświadczenie przerabiałem już 3-krotnie. Okryłem ciało szlafrokiem z grubego polaru i 2 kocami. Dodatkowo żona, aby zniwelować moje huśtanie objęła mnie nogami. 40 minut później ciało wróciło do równowagi.
Noc z 30.04/01.05 to była przygoda. Wypociłem resztki gorączki zmieniając bieliznę co 2 godziny. Budziłem się jakbym wszedł spod prysznica prosta pod kołdrę, pot spływał mi po rękach i brzuchu. Rano temperatura 36,8 stopni – wróciłem do żywych!

2 maja (sobota)
Ciągle nie daje mi spokoju fakt przyjmowania zalecanych przez onkologa leków z brakiem poprawy zdrowia, zmniejszenia się objawów żółtaczki. Wątroba potrzebuje przestrzeni aby się zregenerować, mimo stanu zapalnego pakowanie w nią leków jak widać nie daje efektów.
Zadzwoniłem ok 18-tej to zaprzyjaźnionego naturoterapeuty-wizjonera o poradę. W głowie miałem dwa konkretne pytania:
Jak postawić wątrobę na równe nogi i aby wróciła do maksymalnej swoje formy?
Co mnie czeka w przyszłości?
Pierwsze co usłyszałem, to że moja cukrzyca szaleje i nie wchłania się w organizmie – stąd też wysokie poziomy cukru sięgające 300-320 i mające trudności ze spadkiem – mimo podania odpowiednich dawek insuliny. Wątroba przyjęła na siebie dodatkowe obciążenie, ze względu na brak trzustki i śledziony. Prawdopodobnie nie była na to przygotowana i stąd te dolegliwości. Stara się, ale z różnym skutkiem. Otrzymałem przepis na wzmocnienie wątroby, który zacznę przyjmować od poniedziałku. 5 maja czeka mnie wizyta u onkologa, ale podejrzewam, że w kwestii podania chemii nic się nie zmieni – mam za słabą wątrobę. Poza tym moja intuicja, której ufam podpowiada ciągle, ze chemia nie jest dla mnie. Tyle już było prób jej podania i ciągle coś staje na drodze.
Na drugie pytanie Henio odpowiedział od razu: Wszystko będzie dobrze, masz silny organizm, nie poddajesz się. Poradzimy sobie. Ale aby wejść głębiej wprowadzi mnie w stan pół-hipnozy.
PÓŁ-HIPNOZA – jest werbalna metodą oddziaływania na podświadomość człowieka w celu wywarcia leczniczego skutku. Efektem jej oddziaływania jest modyfikacja zakodowanych w podświadomości upodobań i zachowań, wpływających negatywnie na zdrowie. Umówiliśmy się na weekend majowy 23-24. Daje mi to nadzieję.

5 maja (wtorek)
Po 3 dniach skoków temperatury sięgających do 40,2 stopni, drżeń i drgawek ciała postanowiliśmy o godzinie 18 tej pojechaliśmy z Mają na SOR do szpitala na ul. Borowską. Na miejscu kilka osób, ja siadam – słabiutko się czuję – Maja wypełnia formularza zgłoszeniowe. Po ok. 40 minutach zostaje wyzwane na wywiad. Opisuje dokładnie co się mną działo, przez ostatnie 3 dni w tym szczególnie nasilającą się żółtaczkę, delikatny kaszel. Pierwsza decyzja, to pominięcie oddziału SOR i skierowanie na oddział. Lekarz poprosił o chwilkę analizy i ostatecznie podjął decyzję: Objawy wskazują, że może być Pan zarażony koronowirusem i będzie Pan skierowany do izolatki, gdzie zostanie pobrany Panu wymaz, mocz, krew oraz RTG klatki piersiowej. Po 15 minutach byłem w izolatce. Podpięto mi do aparatu EKG serca, pomiar ciśnienia i tętna co 60 minut a następnie krew do pobrania. Po 40 minutach przyszła Pani technik z przenośnym RTG. Nie mogę znaleźć sobie miejsca. Ok. północy pojawia się lekarz dyżurujący z oddziału. Informuje mnie, że wyniki są lekko przerażające: Bilirubina 17,6 mg/dl (nigdy dotychczas takiej nie miałem), a w moczu jest wszystko zawyżone plus liczne bakterie. Po rozmowie jesteśmy zgodni, że trafię na oddział celem założenie drenu. Ok. 2 w nocy przychodzi pielęgniarka i mówi, ze test na wirusa jest negatywny i przechodzę 2 etap izolacji tzw. różowy. Tam z kolei dostaję 2 kroplówki odżywcze i czekam już do rana na przyjęcie na oddział. O 6-tej pielęgniarka informuje mnie, ze sanitariusz zawiezie mnie na oddział. Po 15 minutach byłem już na oddziale.

czujnik EKG / mój prywatny pokój IZOLATKA-VIP/ czujnik pomiaru tętna (swoim wyglądem przypomina bohaterów z serii Bionicle)

6 maja (środa)
6:00 rano, próbuje zasnąć chociaż na chwilę. Godzinę później przychodzi lekarz ze skierowaniem na oddział wewnętrzny celem zabiegu założenie drenu. Zaczyna wpadać w drgawki. O 9:50 siadam na wózek i jedziemy. Przed gabinetem czekamy prawie 40 minut. Zabieg zaczyna się 10:50. Pamiętając jak było poprzednio zwracam się do obsługi medycznej z dwoma prośbami. Pierwsza, aby mnie dobrze i ciepło okryć do zabiegu, a druga o ogólne znieczulenie. Obie prośby zostały spełnione. Pojawia się lekarz i zaczynamy. Mimo, że moje odczuwanie bólu było mniejsze niż poprzednio, były 3 próby założenia drenu, ale ostatecznie się udało. Zabieg zakończył się o 13:05. Chwilę potem wróciłem na oddział i swoje szpitalne łóżko, poprosiłem o lek przeciwbólowy (z wyeliminowaniem podawania Paracetamolu – ma negatywny wpływ na chorą wątrobę) i zasypiam. 2 godziny budzę się zalany krwią, okazało się, że miejsca wejścia dreny krwawią. Wzywam pielęgniarkę, a po chwili pojawia się lekarz i od razu informuje mnie, że będzie zakładać szwy na żywca, bo nie ma czasu na znieczulenie. 4 szwy a ból przeszywający całe ciało – ból miejscowy, zwijam się w kłębek. Przypominają mi się sceny z filmów, gdzie postrzelony bohater sam wyciąga sobie kulę i igłą z nitką zaszywa ranę, popijając alkoholem. Teraz wiem,
że to jest możliwe, ale ból jest przerażający silny. Po tym całym zabiegu odpływam i zasypiam.

radość po założeniu drenu / bohater dnia – czyli dren / pierwsze oczyszczanie – kolor brunatno-czarny

3 fazy maseczki
Ogólnie jest zasada na oddziale, że trzeba mieć założone maseczki na sali. Ja po 10 minutach kaszlałem i miałem przytkany nos. Okazało się, że to obowiązuje jak wchodzi na salę obsługa medyczna, pielęgniarki, salowe etc.

idealnie / w gotowości / niezgodnie z obowiązującymi przepisami

7 maja (czwartek)
Udało się  przespać prawie cała noc. Poranny obchód i dowiaduje się, że parametry po 48 godzinach spadły, dren pracuje i jutro wychodzę. Kamień z serca. Cały dzień spędziłem na zgłębianiu lektury OCZYSZCZANIE ORGANIZMU autorstwa Giennadija Małachowa i rozdziałowi OCZYSZCZANIE WĄTROBY.

podawane posiłki podczas pandemii są na jednorazowych plastikowych naczyniach / tak pracują lekarze, podwójne lub potrójne fartuchy, maski z filtrami, a niektórzy dodatkowo noszą przyłbice

8 maja (piątek)
Ciężka noc, prawie nie przespana – nie mogłem sobie znaleźć miejsca. O świcie wszystko puściło i przespałem 2 godziny. Poranny obchód i decyzja zanim mnie wypiszą zrobimy komplet badań z krwi. O 13 tej pojawia się mój lekarz prowadzący z informacją, że wyniki od wczoraj się poprawiły, w tym Bilirubina na poziomie 10,1 mg/dl i za 40 minut będę miał wypis. Proponuje sąsiadom z sali pamiątkowe zdjęcie. Robię to wyjątkowo, bo tym razem miałem fajne towarzystwo. Wiesiek po operacji tarczycy, Jarek po resekcji żołądka i kawałka jelit. Wszyscy z grupy 50+.
Ok. 18 tej byłem już u siebie na wsi – ulga, radość, że jestem już w domu.
Przede mną teraz kilka miesięcy noszenia drenu. Nawet jeśli parametry wątrobowe będą dobre, to dren zostaje, ew. zostanie odłączony worek. Wszystko po to, aby mieć większą kontrolę i nie musieć przechodzić kolejnego jego zakładania. Zaczynam swoje zaplanowane działania naturo-terapią. Opracowuje tabele do codziennego zapisywania: ilości płynu, który opróżniam z worka, wagi ciała, kolor moczu, swoje samopoczucie, poziomy cukru. Zmierzam ku wyzdrowieniu!

Ja (51 lat) i moi koledzy z sali: Jarek (55 lat), Wiesiek (58 lat) przebrany, gotowy do wyjścia / Panie salowe szykują moje łóżko dla kolejnego pacjenta.

09 maja (sobota)
Opracowałem kartotekę wątrobową, gdzie codziennie wpisuje różne parametry, min.: ilość płynów, które w ciągu dnia udaje mi się wypić, poziom cukru, ilość płynu, która schodzi z drenu etc.

15 maja (piątek)
Zgodnie wg planu pojechałem na badania kontrolne do Przychodni w Sobótce. Byłem o 8:15 gdy moim oczom ukazała się 12 osobowa kolejka do laboratorium. Z wiadomych względów do gabinetu wzywane są pojedynczo osoby. Po 2 godzinach czekania została pobrana mi krew. Potem pojechałem do Wrocławia na pierwszą po dłuższej przerwie kroplówkę resetującą mnie po ostatnich dolegliwościach i przyjętych lekach. Korzystając z okazji, że niedaleko jest szpital na ul. Borowskiej, zawiozłem podziękowania dla Kliniki Chirurgii Wewnętrznej i Onkologii – za dotychczasową opiekę lekarską. Kto wie, może takim akcentem zakończyłem proces odwiedzin sal szpitalnych – bardzo bym tego chciał.
Wieczorem ok. 22:00 pobrałem swoje wyniki z portalu i gdyby nie bardzo podwyższony marker nowotworowy CA-19,9 mg/l byłoby super – np. Bilirubina spadła do 6 mg/dl. Zmartwiony tak wysokim poziomem zacząłem szukać w internecie odpowiedzi. Okazało się, że przy zapaleniu wątroby i dróg żółciowych marker może wskazywać wysokie wartości, nie do końca określając powikłania nowotworowe.
Otrzymałem kolejne wsparcie finansowe z Ewangelickiej Parafii Opatrzności Bożej we Wrocławiu. Otrzymane środki przeznaczę na kroplówki regeneracyjne wątroby. Z całego serca dziękuję ks. Marcinowi i osobom, które przekazały środki pieniężne.

16 maja (sobota)
Przyrządziłem wywar na regeneracje wątroby (seler naciowy, cytryna bez skóry i pestek, czosnek, korzeń pietruszki, imbir, kłącze perzu, liście jeżyn). Po 3 godzinach gotowania na małym ogniu, wystudziłem, przecedziłem i do lodówki. Ma cudowny zapach. Wg zaleceń będę pij codziennie na czczo ok. 200 ml.

ja i podziękowania / kolejka do laboratorium / moja kartotek wątrobowa

22 maja (piątek)
Dzisiaj o 18 tej miałem swoją pierwszą sesję świadomej hipnozy. Nie miałem żadnych obaw, lęków. Oddałem się intuicji i mocy uzdrowiciela. W jednym zdaniu – cudowne doświadczenie. Poznawanie siebie, odczuwanie ciepła, zapachu, którego efektem końcowym był stan lekkości. Hipnoza miała również za zadanie wzmocnienie i uzdrowienie mojej obolałej wątroby. W woreczku, do którego spływa płyn z drenu, po zabiegu zabarwił się on na mocno zielono-czarny kolor, a wcześniej był w kolorze słomkowej herbaty. Jestem teraz przekonany na 100% do metody analizowanie stanu zdrowia za pomocą irydologii (czytanie z gałek ocznych). Od tygodnia piję na czczo wywar na regeneracje wątroby – zauważam poprawę.

moje gałki jak lazur morza 🙂

31 maja (niedziela)
Ogólny stan zdrowia dobry. 25 maja zrobiłem kolejne kontrolne badania, wyniki się poprawiły. Bilirubina spadła do 3,95 mg/dl. Raz w tygodniu przyjmuje kroplówki wzmacniające wątrobę i natleniające organizm. Pojawił się też nowy preparat, który pije codziennie tuż przed snem. Jego skład to 1/4 małej łyżeczki sody oczyszczającej, wyciśnięty sok z 1/2 cytryny i całość zalane ciepłą wodą. Ciepły napój fajnie rozgrzewa i przynosi ulgę. Niestety mój brzuch cały czas jest w wzdęty i dość twardy. W pozycji leżącej nieco się rozluźnia i wówczas mogę go masować, przykładać ręce i praktykować metody jej uzdrawiania.

4 czerwca (czwartek)
Stan zdrowia zmierza ku poprawie. 3 czerwca zrobiłem kolejne kontrolne badania. Bilirubina spadła do 2,83 mg/dl. Zrobiłem też kontrolne badanie USG brzucha. Niestety gapa ze mnie i zapomniałem wyników poprzednich badań i technik musiał na nowo obserwować co tam się u mnie dzieje. Jego diagnoza: wątroba niepowiększona, drogi zółciowe wewnątrz wątrobowe nieco powiększone, pęcherzyk żółciowy bez złogów, PŻW poszerzony do 1,2 mm z widocznym drenem, w topografii głowy trzustki niejednorodne hipoechogenna zmiana szer. 4,9 cm, zawierająca liczne zwapnienia śr. do 1,7 cm, nerki bez złogów i cech zastoju. Aby ocenić ten stan muszę się skonsultować ze swoim lekarzem prowadzącym. Kroplówki wzmacniające wątrobę i natleniające organizm przyjmuje 2 x w tygodniu (wtorek i piątek). Brzuch cały czas mam wzdęty i dość twardy. Dzisiaj jest 30 dzień życia z drenem 🙂

13 czerwca (sobota)
Pojechałem na kolejną sesję do uzdrowiciela. Tym razem umówiłem się podczas weekendowego spotkania grupy osób zajmujących się naturalnym leczeniem w Ratnie Dolnym, niedaleko Radkowa. Byłem punktualnie o 10:00, przywitałem się i czekałem na Henia. Pojawił się z uśmiechem na twarzy i zakomunikował mi, że dzisiaj będę miał wyjątkowy zabieg – KLAWITERAPII, który wykona Pani Renata z Krakowa. Zaskoczenie, ale … jestem otwarty na wszelkie działania i mam zaufanie do Henia. Zabieg trwał ponad 2,5 godziny. Prawie każdy kawałek mojego ciała, od czubka głowy do miednicy został pobudzony. Były chwile, kiedy podczas zabiegu czułem się słabo, wówczas siadałem z nogami na stole. To wynik ciśnienia i samopoczucia, które wywołuje dotyk klawików. Ogólnie po zabiegu czułem się bardzo zrelaksowany, a płyn z dreny zaczął lecieć bardziej obwicie. Wieczorem o 22:00 poczułem się już śpiący i spałem do godziny 9-tej następnego dnia. Zostałem poinstruowany jak mogę samodzielnie wykonać zabieg za pomocą zwykłych wykałaczek – oczywiście w miejscach mi dostępnych lub za pomocą drugiej osoby w/g mapy z zaznaczonymi punktami na ciele człowieka.
Metoda klawiterapii polega na wzbudzaniu utraconego przewodnictwa nerwowego poprzez ucisk „chorego” miejsca specjalistycznym narzędziem zwanym „klawikiem” (łac. clavus), które w swym kształcie i wyglądzie przypomina gwóźdź. Klawiki wykonane są ze stali chirurgicznej zaprojektowanej i obrobionej laserowo tak, by narzędzie pomimo pewnej ostrości nie naruszało ciągłości naskórka pacjenta. Wspomniane zaostrzenie klawika spełnia funkcję stymulującą impuls nerwowy, który dociera do kluczowych struktur układu nerwowego. Wykorzystujemy w tym celu tylko naturalne człowiekowi mechanizmy (w postaci własnych neurochemicznych przekaźników sterujacych czynnikami molekularnymi) bez stosowania wspomagaczy w postaci chemii jak to ma miejsce w tradycyjnej farmakologii.
Autorem tej metody jest polak dr Ferdynand Barbasiewicz.

W ubiegłym tygodniu miałem 2 dni, kiedy poziomy cukru miałem jak u zdrowego człowieka, dzięki czemu nie musiałem podawać sobie insuliny 🙂

15 czerwca w poniedziałek czeka mnie kolejna seria badań kontrolnych.

Ciekawostka – takie kuleczki pojawiły się po raz pierwszy w mojej rurce w płynie od drenu.
Klawiki, którymi miałem robiony zabieg / Pani Renata zaznacza ważne dla mnie punktu / model z zaznaczonymi punktami przykładania klawików.

19 czerwca (piątek)
15 czerwca zrobiłem kolejne badania – bilirubina spadła do 2,10 mg/dl, ale marker CA – 19,9 podniósł się do poziomu 2053 U/ml.
17 czerwca skonsultowałem wyniki z dr Agnieszką Arendarczyk (Revita) celem ustalenia składników nowych kroplówek. Ale aby to zrobić zaleciła w trybie pilnym zrobienie badań na zakwaszenie organizmu.
18 czerwca – godzina 9:00 stawiam się w Revicie na badania. Mam ze sobą 3 próbki moczu, ślinę (wydzielina) a przede mną pobranie krwi. Wynik – bardzo duże zakwaszenie organizmu i odwodnienie. To tłumaczy też skąd mogę mieć podwyższony parametr CA-19,9. Zakwaszenie potrafię zrozumieć, ale odwodnienie ? Piję ok 2-2,5 L płynów dziennie. Stanowią je: przegotowana woda, woda mineralna oraz herbaty i napary z ziół. Ale okazało się, że 2-2,5 L to ja powinienem wypijać samej wody, pozostałe płyny do dodatki. Tak czy siak. Nowa zalecenia co do diety – bez mięsna (wyjątek raz w tygodniu), bez węglowodanów i dużo zieleniny: szczaw, szpinak, brokuły, jarmuż, pietruszka natka, w tym dużo koktajli zielonych z dodatkiem limonki, awokado, kiwi, odrobina jabłka i ew. papaja. Po badaniach wybrałem się na zakupy warzywne. Teraz już wiem skąd wzdęty brzuch, spadek wagi ciała (obecnie 54,3 kg).
Liczby na 21 czerwca 2020:
1. Ilość dni od 1 diagnozy: 380
2. Ilość wykonanych badań (laboratoryjne, USG, Tomograf, inne): 42
3. Pobyty w szpitalach: 8
4. Ilość przyjętych leków, tabletek (w tym enzymy trawienne): myślę, że ponad 2500 szt.
5. Ilość operacji: 2
6. Ilość zabiegów: 2 drenaże pod skórne (stan zapalny wątroby i żółtaczkę) – 49 dni obecny
Moje samopoczucie jest dobre, choć pojawiła się tak myśl w głowie – kiedy przyjdzie czas uspokojenia choroby? Mam nadzieję, ze wkrótce.

zielony koktajl i moje zakupy warzywne

2 lipca (czwartek)
seria wizyt lekarskich: wizyta w szpitalu celem przymocowanie kabelka od drenu do skóry, kolejna dawka kroplówki oraz wizyta po kilku miesiącach u gastro-enterologa  –kontrolna wyników, ocena pracy drenu oraz rozmowa o funkcjonowaniu dróg żółciowych (zespół przewodów odprowadzających żółć z wątroby do dwunastnicy)

8 lipca (środa)
Konsultacja onkologiczna. Niestety ze względu na dren i lekki stan zapalny wątroby kolejna dawka chemii nie może być podana. Istnieje też prawdopodobieństwo, że podanie chemii stoi pod znakiem zapytania, ze względu na dość długi okres, który minął od pierwszej głównej operacji we wrześniu ub. roku. Dostaje skierowanie na tomograf aby zweryfikować jak wygląda sytuacja. Kolejna wizyta 24 sierpnia. Zaczyna mnie mocno pobolewać lewa noga – drętwieje i sztywnieje.

9 lipca (czwartek)
Badanie tomografem jamy brzusznej, wątroby i miednicy, a następnie ze względu na nieustające bóle i trwające drętwienie lewej nogi wizyta na SOR. Tradycyjnie kilka godzin na poczekalni (3 h). Przyszła moja kolej i konsultacja z lekarzem. Zostaje zawieziony na rentgen. Na bazie wyników RTG oraz pobranej krwi, wykonano 3 badania USG od pachwin do połowy łydki. Stwierdzono cystę podkolanową (torbiel Bakera) czyli zakrzepica lewej nogi pod kolanem. Dla poprawienia krążenia zapisano NEOPARIN – lek przeciwzakrzepowy 1 x dziennie I zasugerowano kupić i nosić pończochy uciskowe, a do ich zakupu owijać nogę elastycznym bandażem.

13 lipca (środa)
Poniżej prezentacja nowych zaleconych suplementów, leków i  wzmacniaczy ziołowych.
Miedź, chlorek magnezu, sól kłodawska – do moczenia nóg
Olej Omega, Vitamina A+E – 1 x dziennie
Proszek zasadowy, magnez, krzem z borem – produkty do wymiennego picia na czczo
Hydrolit – naturalny ziołowy, przeciwbólowy preparat do smarowania różnych części ciała
Herbata na jelita – wzmacniająca trawienie i poprawiająca pracę jelit – bardzo smaczna i faktycznie skuteczna. Gdyby ktoś był zainteresowany proszę dać znać.

opis powyżej

16 lipca (czwartek)
Wizyta w OMNI CLINIC u angiologa, dr. Justyny Drelichowskiej w sprawie zakrzepicy nogi. Lekarz zapoznał się z opisem wizyty na SOR oraz wykonał USG. Potwierdził konieczność noszenia bandaża a w przyszłości pończoch elastycznych. Kolejna wizyta kontrolna 27 sierpnia.

25 lipca (sobota)
Jestem od 19 lipca w Berlinie. Cierpię na bezsenność, kilka nieprzespanych nocy, które nadrabiałem popołudniowymi drzemkami. 25 lipca pojawia się bardzo silny brzucha, jelita się gimnastykowały, naprężały etc., wizyta w nocy w klinice – podano mi 2 kroplówki i próbowano zrobić lewatywę – bezskutecznie – zator w jelitach był tak duży i twardy, że nie było szans udrożnić go lewatywą. Ok. 2:30 wróciliśmy do domu.

26 lipca (niedziela)
Postanawiam wracać do Wrocławia i jechać bezpośrednio do szpitala. Na granicę odwozi mnie Patryk z Beatą, gdzie czeka na mnie Maja. Idziemy z Mają na SOR, nie pierwszy raz trzeba odczekać kilka godzin. Gdy już mnie wezwano sprawy potoczyły się dość szybko, badanie RTG brzucha, pobranie krwi. Dość szybko pojawił się dyżurujący lekarz z Oddziału i w nocy mam operację ratującą życie (operuje mnie dr Marcin Zawadzki). Okazało się, że gdybym to zaniedbał, istniała szansa, że mogłyby mi strzelić jelita i byłoby po mnie. W poniedziałek (27 lipca) rano po operacji czułem się bardzo słabo, a w środę (29 lipca) okazało się, że byłem w stanie śpiączki i w bardzo złym stanie zdrowia. Gdy zaczęły przychodzić nad ranem pielęgniarki to nie kryły radości, że wracam do żywych, bo były obawy, ze będę mógł nie wyjść z krytycznego stanu. Ale jak widać mam silny i walczący organizm, który mimo przeżyć, straty wagi nie poddaje się. Miałem podaną 2 x krew, tlen oraz inhalacje. Niestety, po odłączeniu cewnika, przytrafiła mi się przyjemność noszenia pampersa na wypadek, gdyby jelita zaczęły pracować i nastąpiło niekontrolowane opróżnienie.  Pozostałe dni już na szpitalnym jedzeniu, z podawany dożylnie preparatem odżywczym OLIMEL PERI N4E 1500. Czas jego podania trwa 8 godzin. 3 sierpnia na porannym obchodzie pojawia się po urlopie profesor Kielan i wspólnie z dr Zawadzkim decydują o wypisaniu mnie dzisiaj do domku. W szpitalu spędziłem 9 dni.

3 sierpnia (poniedziałek)
1 dzień w domu po wyjściu ze szpitala, zaczynam rehabilitację. Blizna po operacyjna jest w tym samym miejscu co poprzednio. Ze względu na zakrzepicę i ogólny stan zdrowia sypiam na dole razem ze zwierzakami. Dla mojego komfortu przemieszczania się na dolnej części domu wypożyczyliśmy wózek – sprawdza się idealnie